Ocena wątku:
  • 1 głosów - 5 średnio
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
"Tra(e)fne adopcje" - adopcyjne porażki...
Miecz.S-K

Przyjaciel nie do ruszenia
***
Liczba postów: 94
Dołączył: 01-11-2011
Reputacja: 1
Post: #1
12-11-2011 00:44
Podobno adopcja dziecka przez rodziców adopcyjnych jest dla niego samego dobrodziejstwem samym w sobie... Wszystko, czego dziecko oczekiwało, wymarzyło i wytęskniło - mające oczywiście świadomość swojego położenia i przebywające w domu dziecka - od swoich nowych rodziców, staje się rzeczywistością na wyciągnięcie ręki. Oto po tragicznych często przeżyciach, niezasłużonych koszmarach z dzieciństwa, które niejednokrotnie powodują, że jest się "człowiekiem dorosłym" w powłoce cielesnej dziecka, nadchodzi z adopcyjnym wyrokiem sądowym, świetlana przyszłość i perspektywa prawidłowego rozwoju w nowej komórce społecznej, dziecka znajdującego się nie z własnej woli lecz z woli prawa i kandydatów na rodziców, w oczekiwanej przez nie rodzinie. W tym miejscu można by rozpocząć pisaną na nowo historię, zakończoną banalnym - żyli długo i szczęśliwie...
W tym miejscu jednak można też zadać pytanie. Czy wszystkie adopcje mające miejsce są udane? Czy szczęśliwe są w nowych adopcyjnych rodzinach - dzieci? Czy spełnieni w swej nowej roli adopcyjni rodzice? Czy kiedy przychodzi dorosłość adoptowanego dziecka i zakończenie adopcji przez naturalne odejście jego z domu by założyć własną rodzinę, kiedy przychodzi czas na prawdę o fakcie adopcji dziecka, wyjawienie całej prawdy i całego kłamstwa, o przeszłości dziecka - czy dalej jest tak dobrze w relacjach adopcyjnych rodziców i ich adoptowanych dzieci?
Sądzę, że prawda wygląda zgoła inaczej niż jesteśmy przyzwyczajeni przez informacje w mediach, relacjach znajomych, przyjaciół, rodzinę... Istnieją przecież rozwiązywane prawnie adopcje, o ich liczbie prawie nic nie wiemy... Ile z adopcji nie jest rozwiązywanych, trwających jako toksyczny związek do pełnoletności dziecka? Przypomina mi się opisywana w gazetach historia adoptowanej przed kilku laty małej dziewczynki, przez "adopcyjnych rodziców" pod Koszalinem, którzy zamiast kochającej rodziny zgotowali jej piekło... Czy taki przypadek jest jednostkowy?
Zaadoptowani... proszę o opisanie waszych spostrzeżeń lub historii, w przedstawionym temacie na forum lub na priv email.


Pozdr. Miecz.S-K
mailto: mieczyslaw.soroka.korczyc@gmail.com
gg: 230220
"Jeśli przechodzisz przez piekło, nie zatrzymuj się!" – Winston Churchill
Koszulki reklama
Znajdź Cytuj
niunia9970

Nasz nowy przyjaciel
**
Liczba postów: 37
Dołączył: 14-11-2011
Reputacja: 0
Post: #2
14-11-2011 22:58
Świetny temat :twisted:
I wiem dlaczego jeszcze żadnej odpowiedzi. To proste: rodzice adopcyjni nie chcą się przyznać do porażki, OA do nieudolności (dlatego tak ciężko o statystyki w tej kwestii) a my, dzieciaki z takiej trefnej adopcji nie chcemy rozdrapywać koszmarnych ran, które nam zadano. Ze mną tak jest. Nie wiem czy kiedyś opowiem Wam dokładnie całą historię wraz z moimi uczuciami, czy starczy mi odwagi, a przede wszystkim sił na walkę z moimi demonami dzieciństwa.
Mnie zaadoptowano niczym ładnego, wybranego z całego stada szczeniaczka a potem oddano, bo zawadzałam. Nie, przepraszam, to się nazywa "rozwiązanie adopcji". Pewnie człowiek, który mnie adoptował miał do tego pełne prawo (do oddania mnie) i zakładam, że nie planował wcześniej późniejszego pozbycia się mnie, ale to zrobił. Poszło gładko, opowiem Wam z grubsza i w miarę krótko.
Trzy lata po adopcji, zmarła nagle moja adopcyjna mama, miałam wtedy 3,5 roku. Pamiętam tylko kilka scen, o których teraz nie będę mówiła. Pół roku później mój adopcyjny ojciec zawarł związek małżeński z kobietą posiadającą już dwoje dzieci (jeden był 2 lata starszy, drugi 3 lata młodszy). Pamiętam ten okres doskonale: ona ich przytulała, ukradkiem dawała słodycze, kupowała nowe rzeczy, zabawki, a ja jakby z boku. Rzeczy, zabawki zawsze dostawałam po jej starszym synie, bo ja "zawsze wszystko niszczyłam", słodyczy mi nie dawała, bo "nie zasłużyłam". Oni spali w małym pokoju, a ja u rodziców na podłodze na materacu "bo chrapałam" i przeszkadzałam chłopcom, chłopaki mogli przyprowadzić kolegów ze szkoły, a ja chodziłam na świetlicę. W domku nad jeziorem, podczas wakacji oni szli nad jezioro się bawić, a ja zbierać jagody bo "trzeba mnie nauczyć pracy, wyszlifować mnie". Ona przedstawiając komuś rodzinę mówiła "to moi synusie, a ona (czyli ja) to ta przyszywana". Wiele by takich przykładów mnożyć... Ojca nie było, ciągle pracował, albo się kłócił ze swoją żoną po imprezie i maszerował do garażu spać.
Czasem na weekendy chodziłam do dziadków (rodziców mojej zmarłej mamy). Tam było fajnie, dziadek kochał mnie nade wszystko, z babcią chodziłam na zakupy, razem się bawiliśmy, często mnie przytulali i zawsze mówili "moja wnusia kochana". Gdy skończyłam 6 lat, to dziadkowie postanowili wziąć mnie do siebie i zostali moimi prawnymi opiekunami. Niestety mieszkaliśmy wszyscy na jednym osiedlu, ulicę obok... W szkole do której chodziłam i ja i mój starszy brat (nazywałam go tak, bo to fajnie mieć brata i to jeszcze starszego) opowiadał mi co mają w domu (video, comodore, rowery, psa, rybki...), gdzie byli na wycieczce, co robili w domku nad jeziorem, jakie mają cudowne życie i że ja też mogłabym tak mieć... A ja tak bardzo chciałam mieć mamę, tatę, braci, no i dużego psa... Ojca żona postanowiła wziąć mnie do nich i tak się stało. Miałam wtedy niespełna 9 lat. Wydawało mi się, że niebiosa się dla mnie otworzyły. Głupia! Szybko okazało się, ze raj moich braci to świat do którego ja nie miałam wstępu. Było jak przedtem, nic się nie zmieniło, byłam piątym kołem u wozu, czarną owcą w rodzinie. Prałam chłopakom skarpety, nosiłam rzeczy z odzysku, przywileje moich braci były dla mnie tabu. Nadal "wszystko niszczyłam", "chrapałam", "nie zasługiwałam"... Aż któregoś dnia, pół roku po tym jak marzenia moje miały się ziścić, przyjechała pani z opieki i pojechała ze mną do domu dziecka. Ojciec mnie oddał.
I takie poczucie bycia bezpańskim psem pozostało mi na długo, zawsze byłam tą gorszą gułą, od chwili narodzin.
Nie pytajcie mnie co mają robić Ośrodki Adopcyjne by podobne historie nie miały miejsca, bo nie wiem. Nie wiem nawet jak taka procedura adopcyjna wygląda, ale wiem, że to dorośli mi taki los zgotowali i że mój ojciec adopcyjny nigdy nie powinien mieć szansy na adopcję.
Posiadam psa ze schroniska i choćby nie wiem jak bardzo niszczył mi dom, nigdy nie oddałabym go tam skąd go wzięłam!!! Pomimo, że to tylko pies.
Na razie to tyle. Dziękuję i pozdrawiam wszystkie państwowe dzieci Oczko


PER ASPERA AD ASTRA

Mój nr GG 31131662
Koszulki reklama
Znajdź Cytuj
Miecz.S-K

Przyjaciel nie do ruszenia
***
Liczba postów: 94
Dołączył: 01-11-2011
Reputacja: 1
Post: #3
15-11-2011 20:08
Historia jest już odległa (rok 2009) ale warto przytoczyć ją - o niej wspomniałem przy założeniu mojego tematu, aby była przestrogą dla podobnych "rodziców zastępczych", a także dla właściwych placówek odpowiedzialnych za powierzenie dzieci i oddanie ich w "złe ręce" mimo ich dobrej woli. Wiem, że demony przeszłości z dzieciństwa mogą się obudzić, dlatego warto przypomnieć. Nawet kiedy dzisiaj - po latach - czytam treść n/w tekstu to chce mi się płakać...
(...)
Wyrok ws. znęcania się nad Roksanką odroczony…
Dla rodziców zastępczych, którzy znęcali się nad 5-letnią dziewczynką i jej braćmi, prokurator żąda dziewięciu i siedmiu lat więzienia. Wyrok nie zapadł, choć zapowiadano to na dziś. Pojawiły się "nowe okoliczności". Adwokaci twierdzą, że oskarżeni byli zmuszani do przyznania się do niektórych zarzutów.

O dramacie pięcioletniej Roksany oraz jej dwóch braci w wieku 11 i 12 lat głośno było w kwietniu ub. r. Rodzeństwo zamieszkało w rodzinie zastępczej w pięknym jednorodzinnym domu w podkoszalińskim Manowie. Po kilku miesiącach pobytu wyszło na jaw, że "ciocia" i "wujek" znęcają się nad nimi. Głodzą. Gnębią psychicznie i fizycznie. Chłopcy z podniesionymi rękami musieli klęczeć na drewnianych szczapach. Najbardziej maltretowana była jednak Roksana.

"Opiekunowie" bili ją w podbrzusze, rany posypywali solą, by bardziej bolało. Obrażenia były na tyle poważne, że doszło do martwicy skóry. Konieczny był przeszczep. Elżbieta S. oraz Roman S. wyjaśniali, że mała moczyła się w nocy, a kary miały temu zapobiec. Podczas śledztwa małżonkowie najpierw przyznali się do winy, potem temu zaprzeczyli. Potwierdzili tylko, że kazali chłopcom klęczeć na drewnianych szczapach. Zaznaczyli jednak, że nie kazali podnosić im rąk.

Prokurator zarzucał im znęcanie się nad dziećmi ze szczególnym okrucieństwem. Dla Elżbiety S. domagał się dziewięciu lat więzienia, dla Romana S. - siedmiu. Śledztwo wykazało, że to kobieta była bardziej aktywna w zadawaniu bólu.

Obrońca kobiety prosił o łagodniejszy wyrok - dwa lata więzienia dla Elżbiety S. Chce też uniewinnienia Romana S. Argumentuje, że jego klient pracował od rana do wieczora i nie wiedział, co dzieje się w domu, a o niektórych zachowaniach żony wobec dzieci został poinformowany dopiero w czasie przesłuchań.

Na ostatniej rozprawie pojawiły się "nowe okoliczności". Adwokaci twierdzą, że oskarżeni byli zmuszani do przyznania się do niektórych zarzutów.

Wysokie wyroki dla zastępczych rodziców za znęcanie się nad dziećmi
Kary 10 i 9 lat bezwzględnego więzienia wymierzył Sąd Rejonowy w Koszalinie zastępczym rodzicom za znęcanie się od stycznia do 8 kwietnia 2008 roku nad trójką dzieci.
Sąd zgodził się na publikację danych osobowych i wizerunków oskarżonych. Elżbieta Strzelec została skazana na 10 lat więzienia, jej mąż Roman Strzelec na 9 lat.

Wymierzone kary są wyższe od żądanych przez prokuraturę, która wnosiła o 9 lat więzienia dla Elżbiety Strzelec i 7 lat dla Romana Strzelca.

Źródło:... <!-- m --><a class="postlink" href="http://szczecin.gazeta.pl/szczecin/1,34959,6261852,Wyrok_ws__znecania_sie_nad_Roksanka_odroczony.html#ixzz1dnDNVHWz​">http://szczecin.gazeta.pl/szczecin/1,34 ... z1dnDNVHWz</a><!-- m -->
<!-- m --><a class="postlink" href="http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,114873,6397134,Wysokie_wyroki_dla_zastepczych_rodzicow_za_znecanie.html">http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/ ... canie.html</a><!-- m -->


Pozdr. Miecz.S-K
mailto: mieczyslaw.soroka.korczyc@gmail.com
gg: 230220
"Jeśli przechodzisz przez piekło, nie zatrzymuj się!" – Winston Churchill
Koszulki reklama
Znajdź Cytuj
niunia9970

Nasz nowy przyjaciel
**
Liczba postów: 37
Dołączył: 14-11-2011
Reputacja: 0
Post: #4
15-11-2011 22:54
To ja zacznę od końca. Chwała sędziemu/sędzinie za zrozumienie sytuacji. Ale nie wiem czy taka kara nadal jest adekwatna do czynu. Kurde kiedy instytucje (ludzie) za to odpowiedzialne zrozumieją, że dzieci dla których chcą stworzyć nowy dom=rodzinę są już po traumatycznych przejściach!!! Szlak mnie trafia jak o takich sytuacjach słyszę! Przecież adoptując dziecko, zwłaszcza kilkuletnie, musi się mieć świadomość, że ono już jedną tragedię przeżyło... Wiem, że kandydaci na rodziców adopcyjnych lub zastępczych przechodzą różne testy i co? Ale z drugiej strony nie ma testu na człowieczeństwo.
Można popełniać błędy wychowawcze, ale takie rzeczy to sadyzm. Może pasowało by tutaj słowo "zezwierzęcenie", ale nie chcę ubliżać naszym "braciom mniejszym". Brakuje słów... Sam fakt, że mały człowiek trafia do placówki dla mnie już jest patologią. A horror jaki wyrządzili tym dzieciaczkom dorośli... Czasami jestem za KS, powrotem Łagrów i Ciężkich Obozów Karnych. I może dobrze, że nie jestem sędzią, bo w tej akurat sprawie (i podobnych) na pewno nie potrafiłabym być niczym Temida ślepą i niezawisłą.

Miecz.S-K nie wiesz jak dalsze losy tego rodzeństwa się potoczyły? Można gdzieś znaleźć jakieś info o Nich?


PER ASPERA AD ASTRA

Mój nr GG 31131662
Koszulki reklama
Znajdź Cytuj
Miecz.S-K

Przyjaciel nie do ruszenia
***
Liczba postów: 94
Dołączył: 01-11-2011
Reputacja: 1
Post: #5
19-11-2011 20:10
Lucy Maud Montgomery „Ania z Zielonego Wzgórza”
Moja ulubiona książka, jedna z pierwszych przeczytanych lektur, którą wspominam do chwili obecnej z wielkim sentymentem. Zawsze do niej powracam w myślach, a kiedy w TV od czasu do czasu zapadnie decyzja o wyświetleniu ekranizacji książki, zasiadam wygodnie przez telewizorem i świat wokół mnie przestaje istnieć.
Z przybywającymi nie ubłagalnie kolejnymi latami, z powodu upływającego czasu, coraz częściej zastanawiam się nad pytaniem, „co by się stało i jak potoczyłyby się losy Ani gdyby adoptujący ją Maryla i Mateusz Cuthbert byli konsekwentni w działaniu i odesłaliby powierzoną im dziewczynkę do ówczesnego domu dziecka”. Czyżby to była opisana przez autorkę nieudana adopcyjna pomyłka? Otóż nie – przy odrobinie woli dorosłych ludzi odpowiedzialnych za dziecko, przedstawiona w książce Ania osiąga sukces życiowy, a wszystko kończy się szczęśliwie. Literacka fikcja – ale zdarzenie możliwe… W tym miejscu warto zadać też drugie pytanie. Dlaczego bohaterowie powieści chcieli zaadoptować syna? W powieści wszystko kończy się szczęśliwie… Jak w życiu… A może nie…?
(…)Zawsze trudno jest uwierzyć, że straszne rzeczy zdarzają się naprawdę. Nie wierzymy w to nawet po latach(...) L.M. Montgomery
W nawiązaniu do założonego przeze mnie tematu, niczego nie ujmując rodzicom adopcyjnym w niezwykle ważnym i ciężkim trudzie wychowania „nie własnego” dziecka, które obdarzają miłością i przy pełnym do nich szacunku, pragnę dzisiaj spróbować odpowiedzieć sobie i Wam – czytelnikom – na postawione niżej pytania. Dlaczego pośród tych dobrych, udanych adopcji, mają miejsce także adopcje toksyczne? Czym się kierują kandydaci na rodziców zastępczych podejmując decyzję o przysposobieniu dziecka, że w konsekwencji dochodzi do zerwania więzów nim zostały związane lub też związki te – założone z wyboru przez dorosłych ludzi względem małoletniego dziecka – trwają do czasu rozpadu i rozwiązania adopcji lub ucieczki dziecka, z chwilą osiągnięcia przez nie pierwszego dnia dorosłości prawnej.
Spróbujmy przedstawić i zdiagnozować negatywnych kandydatów na rodziców adopcyjnych.

Pierwszy podział:
- tak zwani „ustawieni” – posiadający wszystko co można zdobyć w życiu poza jednym jedynym - nie posiadający własnego dziecka, lecz z wielkimi możliwościami
i potencjałem dążenia do celu, ponieważ wszystko można załatwić – jak w interesach.
Kandydaci ci mogą istnieć w dalekiej przyszłości zarówno z dzieckiem, jak i bez niego. Są dla siebie samowystarczalni i nikogo nie potrzebują.
- tak zwani „przeciętni” – ze względną stabilizacją, możliwością spełnienia warunków przejścia przez „sito”, spełniający kryteria prawne w adopcji j/w, jednakże ich sytuacja materialna nie gwarantuje im bezpieczeństwa w przyszłości. Ich przyszłość nie rysuje się w zbyt różowych barwach i samotna przyszłość paraliżuje ich właściwe decyzje. Kandydaci tacy nie wyobrażają sobie własnej przyszłości bez dzieci i nie potrafią racjonalnie myśleć. Strach paraliżuje ich działania ale zrobią wszystko aby oddalić od siebie samotność i poczucie braku bezpieczeństwa.

Drugi podział - w relacji małżonków – kandydatów na rodziców adopcyjnych dysfunkcje płciowe rozrodcze:

- kobieta pozostająca w związku z partnerem – nie mogąca obdarzyć związku dzieckiem.
- mężczyzna pozostający w związku – nie mogący mieć dzieci.

Trzeci podział – wykształcenie, światopogląd:

- im niższe – tym gorzej dotrzeć im z argumentami w procesie wychowawczym względem dziecka, trudniejsza współpraca lub jej brak z właściwymi poradniami, proste i prymitywne często oczekiwania w stosunku do dziecka, a relacje uczuciowe na poziomie minimalnego przymusu. Adopcja mimo tego, że jest nie udana prawie nigdy nie kończy się rozwiązaniem przed czasem.
- im wyższe – tym wyższe wymagania w stosunku do dziecka i przeniesienie na dziecko wszystkich własnych niepowodzeń życiowych i nie osiągniętych celów. Relacje z poradniami psychologicznymi praktycznie żadne, uczucia na poziomie nie odpowiadającemu rozwojowi dziecka. W przypadku trudności wychowawczych – całkowity brak porozumienia i przenoszenie niepowodzeń na dziecko. Adopcje takie kończą się często przez działania prawne.

Czwarty podział – wiek kandydatów w stosunku do dziecka. Rodzice nie powinni byś dla swoich adopcyjnych dzieci jednocześnie „dziadkami” ani „rówieśnikami”:

- im mniejsza różnica wieku – mówimy o właściwej relacji pokoleniowej, tym łatwiej o stworzenie rodziny i wychowanie dziecka.
- im większa różnica wieku - pomiędzy rodzicami zastępczymi, a dzieckiem adoptowanym tym mniejsze szanse i inne oczekiwania względem dziecka.

We wszystkich przypadkach kandydatów na rodziców adopcyjnych lub zastępczych, nie posiadających własnych dzieci możemy powiedzieć, że mamy do czynienia ze stanem chorobowym fizycznym jak i emocjonalnym/ związanym z brakiem możliwości posiadania potomstwa. Po latach, kiedy obie strony małżeństwa się poddały, medycyna rozłożyła ręce w swojej bezradności, lata uciekają, a ich koleżanki i koledzy zaczynają mieć dorosłe dzieci, przychodzi czas na działania, małżeństwa takie pod groźbą rozpadu jednej ze stron, przy dominacji jednostkowej w małżeństwie strony „lepszej” i podporządkowaniu się strony „gorszej”, zaczynają szukać, w swoim stanie nieuleczalnej choroby rozwiązania i w ten sposób trafiają do ośrodków adopcyjnych. Tam stają na wysokości zadania i postawionych im poprzeczek, starając się przekonać, że nie są chorzy lecz niezdolni do zrodzenia dzieci, natomiast powierzone im dzieci, kiedy je otrzymają, z pewnością potrafią wychować. Poddają się rozlicznym testom, sprawdzeniom, badaniom, ocenie psychologicznej, sprawdzane są ich warunki materialne i środowiskowe, biorą udział w szkoleniach, kursach i zaliczeniach. Robią wszystko aby je „zaliczyć” i pokazać decydującym o adopcji organom, że nie są gorsi od tych, którzy dzieci mieć mogą. Są nawet w stanie „pomóc” swoim ocenom by siebie przedstawić w jak najlepszym świetle i… PRZECHODZĄ – stając się – potencjalnie i w przyszłości „rodziną dysfunkcyjną”. Absurdalnie – późniejszą już prostą decyzją sądową i adopcją - stają się zamiast Terapeutycznej Rodziny Adopcyjnej – rodziną zagrażającą powierzonemu im dziecku – rodziną stwarzającą realne niebezpieczeństwo pedagogicznej porażki.
W/w rodzice adopcyjni – przygotowani do przyjęcia dziecka – o stanie chorobowym już opisanym, emocjonalnie - często wraki, po wielu przejściach i własnych przeżyciach, o nie jasno określonych celach lub ukrytych na dnie własnych dusz i serc, konkretnych przyczynach bycia rodzicami zastępczymi, tymi ukrywanymi przed ośrodkami adopcyjnymi, pokonawszy wszystkie przeszkody, już są gotowi, a u ich drzwi staje mała, niewinna ludzka istota, dziecko pragnące miłości, ciepła i rodziny. Pragnące bezpieczeństwa, bezgranicznie oddające swoje nadwątlone do rodziców biologicznych zaufanie, w obce – mające przytulać dłonie. Często dziecko poranione na duszy i ciele, przedwcześnie „dorosły” człowiek w ciele dziecka…

(…) Ciało dojrzewa z wolna, lecz dusza rośnie wielkimi skokami. Może dojrzeć w ciągu godziny. L.M. Montgomery

W ten sposób na swojej drodze spotykają się trzy poranione na duszy i ciele osoby. Kobieta, mężczyzna i dziecko… Kiedy zaczną siebie sobą umiejętnie leczyć – jest szansa na wygraną i tego wszystkim życzę. Kiedy zaczną siebie sobą kaleczyć – mogę powiedzieć i mówię głośno oraz piszę o adopcyjnej i toksycznej adopcji. Z boju tego – często śmiertelnego dla duszy i sumienia, z racji wieku i doświadczenia, zwycięsko wychodzą dorośli. Toksyczni rodzice adopcyjni… ale o tym napiszę w następnym tekście. Dlaczego napiszę – ponieważ mam taki obowiązek z racji nabytych doświadczeń, by podobnym sytuacjom ZAPOBIEGAĆ, ponieważ… (…)Krzywda wyrządzona jednej duszy waży tysiąc razy więcej niż uratowanie kroci tysięcy istnień ludzkich.
Cdn…
P.S. Losów dalszych Roksany i jej rodzeństwa nie znam... Wiem jedno, że ci "pseudorodzice" nie skrzywdzą już żadnego dziecka...


Pozdr. Miecz.S-K
mailto: mieczyslaw.soroka.korczyc@gmail.com
gg: 230220
"Jeśli przechodzisz przez piekło, nie zatrzymuj się!" – Winston Churchill
Koszulki reklama
Znajdź Cytuj
EM-a

Przyjaciel nie do ruszenia
***
Liczba postów: 64
Dołączył: 19-01-2011
Reputacja: 0
Post: #6
22-11-2011 09:49
Nic dodać, nic ująć... chociaż... ale to juz sobie wyjasnimy na GG Duży uśmiech

Koszulki reklama
Znajdź Cytuj
Miecz.S-K

Przyjaciel nie do ruszenia
***
Liczba postów: 94
Dołączył: 01-11-2011
Reputacja: 1
Post: #7
22-11-2011 22:59
Adopcja dziecka… Akt największego poświęcenia i oddania siebie /przysposabiających rodziców/ dziecku, przez ofiarowanie miłości bezgranicznej, bezinteresownej i nieustającej. Dobrowolna chęć oddania wszystkiego co się posiada w sferze uczuciowej, materialnej, duchowej, intelektualnej, dla dziecka, które przychodzi do nowej rodziny z pustymi rękoma, bagażem wszelakich – najczęściej negatywnych doświadczeń życiowych i nastawień do świata, z nadzieją na zmiany by zostać i być „normalnym dzieckiem”. Obowiązkowy przedmiot podziwu i uznania przez otaczające środowisko dla aktu odwagi podzielenia się miłością. Czyn wielki i niepowtarzalny, kończący się tak, jak powinien kończyć się proces wychowania dziecka w normalnej biologicznej rodzinie, które dorastając, usamodzielnia się, wychodzi z domu i idzie własną drogą, przekazując wszystko co otrzymało i wyniosło z domu, własnym dzieciom – jako kapitał wniesiony przez rodziców na następne pokolenia. Stworzona przez adopcyjnych rodziców - matkę i ojca – oraz dorosłych dzieci rodzina, ostoja i oaza spokoju i ciepła, będzie miejscem na ziemi dokąd zawsze się będzie chciało wracać… zawsze, bez względu na okoliczności i poniesioną cenę.

Wierzę, że takie adopcje mają miejsce i życzę wszystkim dzieciom aby „poszkodowane przez los”, znalazły swoje miejsce na ziemi w otoczeniu kochających ich bliskich, w założonych nowych rodzinach – to w ramach wyjaśnień w stosunku do wątpiących w moje nastawienie do świata i adopcji – przyjaciół, których gorąco pozdrawiam.

Pośród w/w adopcji, kiedy uważniej się przyjrzeć, można jednak odnaleźć prawdziwe „rodzynki”. Cichutko ukrywane tak, aby nie wyszły na światło dzienne, aby nie zepsuć statystyki, nie pokazać nieudolności systemu i słabości mechanizmu doboru kandydatów,
a także nie zepsuć nastawienia potencjalnych kandydatów na adopcyjnych rodziców. Nic bardziej mylnego… Moim zdaniem, oprócz obowiązkowego przejścia procesu weryfikacji kandydatów, spełnienia wymagań prawnych, socjalnych, ekonomicznych, zdrowotnych, itp., zapoznania ze stosowną literaturą / listy pozycji książkowych najczęściej są udostępniane na stronach ośrodków adopcyjnych/, powinno się jeszcze poszerzyć ich wiedzę, o przypadki skrajne, z uwzględnieniem adopcyjnych porażek, przypadków rozwiązania adopcji, z uwzględnieniem ich przyczyn i skutków, zarówno dla dziecka jak i rodziców. Wyjątkowy nacisk powinno się położyć na motywację i cel adopcji w ten sposób, aby miała ona największą szansę przetrwania nawet wtedy, kiedy obie strony /rodzice-dziecko/ napotkają trudności wymagające pomocy z zewnątrz. Niestety – założenie, że jakoś to będzie i obie strony z czasem się dotrą, jest jak najbardziej mylne. Domniemanie, że układ - rodzice/pozycja silna/ - dziecko/pozycja słaba/, samodzielnie się utrzyma w sytuacjach zagrożeń dysfunkcyjnych jest co najmniej szkodliwe. Przypadki złych celów adopcji powinny być eliminowane już na etapie przygotowań kandydatów bez względu na poniesione koszty z tym związane, przecież dobro dziecka powinno być w adopcji priorytetem najwyższym, a nie dobro kandydatów.

Jednym z niewłaściwych celów i kierunków adopcyjnych założonym przez kandydatów, który po wykryciu takiego stanowiska powinien być maksymalnie eliminowany, jest adopcja dla zagwarantowania sobie poczucia bezpieczeństwa ze względu na „sędziwy wiek”. Kandydaci tacy, biologicznie zbliżający się do wieku około 40-50 lat, z wiadomych przyczyn nie otrzymujący bardzo małego dziecka lub niemowlęcia, w sytuacji upływającego czasu i tykającego zegara biologicznego, są gotowi na poświęcenie, w którym łatwo uzyskać adopcję dziecka starszego. Jeżeli w adopcji tej będzie istniało kilka czynników ryzyka wynikającego z moich podziałów jak: niepewna stabilizacja materialna, chwiejność emocjonalna, nieumiejętność radzenia sobie ze stresem, stosunkowo niskie wykształcenie, duża różnica wieku, prosty światopogląd, silna dominacja jednego ze współmałżonków i podporządkowanie się jego decyzjom drugiemu, a nade wszystko wyobcowanie rodzinne, powodujące zagrożenie pozostania samym w bliskiej przyszłości, to wszystko wskazywać będzie, iż nowo zakładana rodzina staje na krawędzi „krzywej wannowej”, po czym bez odpowiedniej pomocy, z której często nie pozwala korzystać duma i stwierdzenie, że potrafimy sobie ze wszystkim poradzić, zaczyna się „jazda” w dół.

Przytoczę w tym miejscu przypadek, w którym relacje w nowej rodzinie, na początku wydające się być poprawnymi, zaczęły się bardzo szybko psuć, zamiast miłości i ciepła, dziecko otrzymywało wojskową musztrę, a każde trudniejsze problemy zamiast rozwiązywać, wymuszało się krzykiem, następnie metodami przymusu i kar cielesnych. W środowisku rówieśników wyobcowane, zamykane i pozbawiane kontaktów z dziećmi, pozostawiane samo na wiele godzin bez prawa wejścia do swojego mieszkania kiedy w nim nikogo nie było z rodziców, miesiącami zamknięte w domu z wyjątkiem zajęć szkolnych, zabierane w czasie wolnym do pracy tak, aby pracując pomagało –i zarabiając - w ten sposób na życie, rekompensując straty finansowe ponoszone przez rodziców na utrzymanie dziecka. Ciągłe przypominanie i informowanie dziecka, że doświadczyło szczególnej łaski adopcji, za którą powinno być wdzięczne – dozgonnie i nieustająco – w tym szczególnie na ich starość bo wszyscy tak robią. Dalej – ograniczanie picia, jedzenia lub zmuszanie do jedzenia potraw, których rodzice sami nie dotykali, ograniczanie zakupów podstawowych środków higieny, ubrań, ustawiczne wyrabianie poczucia niższości, karanie cielesne odpowiednio do tego spreparowanymi celu przyborami do bicia, poniżanie dziecka przez jego obnażanie przed wykonaniem kary, zastraszanie oddaniem na powrót do domu dziecka. Pozbawianie go jakichkolwiek zabawek, możliwości oglądania programów telewizyjnych i słuchania radiowych, z powodu dużych kosztów. Proces trwający miesiącami, latami… Dziecko dorastało jak dzikie zwierzę, które w poczuciu własnej winy stało się przedmiotem. Przy oznakach dorastania – w poczuciu buntu i protestu, wyrzucane wielokrotnie z domu i po wielu dniach pobytu poza domem, ponownie wracające w drodze łaski do rodziców „dobrodziejów” jakby się nic nie stało, bez prawa wyboru szkoły, pasji, przekonań… zaczęło liczyć, kiedy przyjdzie dzień osiemnastych urodzin…

Kto odpowie kiedy i jak skończyła się owa „tra(e)fna adopcja?


Pozdr. Miecz.S-K
mailto: mieczyslaw.soroka.korczyc@gmail.com
gg: 230220
"Jeśli przechodzisz przez piekło, nie zatrzymuj się!" – Winston Churchill
Koszulki reklama
Znajdź Cytuj
niunia9970

Nasz nowy przyjaciel
**
Liczba postów: 37
Dołączył: 14-11-2011
Reputacja: 0
Post: #8
23-11-2011 10:12
Drogi Miecz.S-K, jak zwykle zacznę od końca Oczko Czytając Twoje posty, mam czasem wrażenie, że piszesz o moim życiu. Większość tutejszych historii pasuje jak ulał do mojej. Wiesz, ma się wrażenie, że wszystkie trefne adopcje są tak bardzo do siebie podobne, choć każda jest zupełnie inna. Ileż to razy słyszałam, że jeśli nie będę taka a taka, to wrócę tam, skąd przyszłam. Że gdyby nie moi RA to siedziałabym w bidulu do dzisiaj (do wtedy znaczy), a oni tacy wielkoduszni mnie wzięli bo im się do nogi przykleiłam... Kurdę, ale jestem zła na siebie. Czemuż to ja, niespełna roczny dzieciak potrzebuje się przytulać? I to akurat do nich! Ech, życie...
Tylko u mnie zamiast dozgonnej wdzięczności dla osób miłosiernie zabierających mnie, bezpańskie, niechciane dziecko, do swojego pałacu, pojawiało się uczucie wręcz pogardy teraz, ale wcześniej wielkiego żalu. Adopcja to przecież obietnica miłości, poczucia bezpieczeństwa i zaufania. Nie bierze się bezpańskiego dzidziusia by nam było wdzięczne za łaskę adopcji jaka je dosięgła :evil:

Jak skończyła się owa adopcja opisana przez Ciebie? Mam dwa scenariusze:
1) Jako osoba nie wierząca we własne możliwości, pełna kompleksów i niezbyt szczęśliwa wyborem życia edukacyjnego przez swoich RA, szybko wyszła za mąż (załóżmy że to kobieta), który okazał się być następnym idiotą. Gromadka dzieci i nie spełnione marzenia plus bagaż ciężkich doświadczeń z dzieciństwa równa się chodzące nieszczęście. O ile wcześniej nie zaliczyła jakiegoś Zakładu Karnego, albo Odwykowego. Ku skrywanej satysfakcji RA: bo przecież z tego dzieciaka to i tak już nic nie będzie. Oni przecież wiedzieli o tym od dawna.
2) Troszkę może RA za karę, albo żeby im i sobie udowodnić, że to oni się pomylili, zmieniała i ukończyła szkołę samemu ją sobie wybierając, może jakieś studia. Pracuje spełniając się w owej roli pracownika/dyrektora, jak gdyby się urodziła na ten właśnie etat. Rodzina pełna i normalnie prosperująca, stabilna uczuciowo i finansowo, dająca radość ze spełnienia swych cichutkich nadziei.
RA i tak twierdzić pewnie będą, że to ich zasługa, bo przecież gdyby tej sieroty nie adoptowali, to skończyłaby w co najmniej rynsztoku, nie mając pojęcia ile wysiłku owa sierota włożyła w to by w jej już dorosłym życiu było odpowiedzialności oraz jaką walkę stoczyła o tą normalność, którą ma. Choć nie jestem pewna czy koszmary jakie jej zapewnili RA nie wracają niczym bumerang.

To tak na szybko, co wpadło mi do głowy. Temat oczywiście do rozwinięcia. Z życia mam dookoła siebie takie scenariusze, które wynikają w zależności od danej osoby, jej cech, świadomości i samozaparcia oraz odrobiny szczęścia losu. Tak czy inaczej nasze dzieciństwo ma przeogromny wpływ na to jak działamy później i ludzie biorący owe sieroty muszą sobie zdawać z tego sprawę. Wiem, że nie ma testów na człowieczeństwo, a szkoda, bo w tych trefnych adopcjach to powód nieszczęścia, które nam zostało łaskawie ofiarowane i to za to właśnie oczekiwana jest jeszcze nasza wdzięczność dla naszych wybawców=katów.


PER ASPERA AD ASTRA

Mój nr GG 31131662
Koszulki reklama
Znajdź Cytuj
Ania 86

Nasz nowy przyjaciel
**
Liczba postów: 2
Dołączył: 02-12-2011
Reputacja: 0
Post: #9
02-12-2011 01:53
:cry:to co tu piszecie jest straszne, ale niestety prawdziwe, popłakałam się czytając.
mam 25 lat i razem z mężem chcemy stworzyc pogotowie rodzinne. Bardzo chciałabym nawiązać kontakt z osobami które mają jakieś doświadczenie w tej kwestii. Chciałabym pomagać dzieciom, a nie przez swoją nieudolność je skrzywdzić, więc chętnie posłucham mądrych rad, proszę o pomoc.

Koszulki reklama
Znajdź Cytuj
Miecz.S-K

Przyjaciel nie do ruszenia
***
Liczba postów: 94
Dołączył: 01-11-2011
Reputacja: 1
Post: #10
03-12-2011 01:06
Witam serdecznie…
Minęło kilka dni mojego milczenia, za które przepraszam wszystkich moich przyjaciół na forum… jak to w życiu – praca i obowiązki na pierwszym miejscu… Przemyślałem kilka spraw i tematów, a dzisiaj chciałbym poruszyć kwestię kolejnego mojego podziału kandydatów na rodziców adopcyjnych – tych tzw. „ustawionych” i ich przedstawić.

Kim są „ustawieni”? Przede wszystkim są to kandydaci, którym w życiu się powiodło.
W trakcie dorosłego życia i trwania związku, dorobili się dosłownie wszystkiego co zaspokaja ich potrzeby materialne, często duchowe. Nie maja praktycznie żadnych problemów finansowych, mieszkaniowych, socjalnych, a poświęcenie się dla jedynego dotychczas celu w życiu, jakim jest zdobywanie pieniędzy, kariery zawodowej lub naukowej, które są źródłem wszelkiego dla nich dobra, stało się nie lada wyzwaniem. Ustawiczna pogoń za czymś, czego nie można dogonić, a co jest wzorcem określonego statusu społecznego zabiera im tyle czasu, że praktycznie już nie maja go na nic innego. Świadomość braku potomstwa jest rekompensowana tym, iż rzucają się w wir pracy i zdobywanie środków, których wysokość na koncie jest zawsze nie wystarczająca. Kiedy są stosunkowo młodzi / ok. 30 - 40 lat / niczemu to nie przeszkadza. Wydaje im się, że na wszystko przyjdzie czas i maja go wystarczająco dużo, aby kiedy będą posiadać kolejne dobra konsumpcyjne, podjąć wyzwanie sprostania macierzyństwu. Czasem los jednak płata figle i przychodzi gorzka świadomość tego, że albo na macierzyństwo jest już za późno, albo też małżonkowie nie mogą mieć własnego potomstwa, a przy tym przychodzi także świadomość, że nie zdobędzie się wszystkiego ponieważ nie starczy ich życia aby to zdobyć. Nagle okazuje się, że dom jest „pusty” bo nie słychać w nim śmiechu dziecka. Ich przyjaciele, znajomi krewni, posiadają już własne dorastające dzieci, czasem wnuki, mają w otoczeniu rodziny na wyciągnięcie ręki miłość… Czas zaczyna działać niekorzystnie na stan psychiczny tychże ludzi, którym zegar biologiczny zafundował bilet pośpieszny do stacji „Starość”, na której okazuje się, że nadeszła najwyższa pora aby podjąć działania mające na celu zmianę swojej przyszłości. Jedna ze stron – najczęściej podporządkowana dominującej – nieśmiało, a później coraz częściej odważnie zaczyna artykułować swoje potrzeby funkcjonowania w rodzinie, która pragnie stworzyć. Dla ratowania związku przed rozpadem, w którym małżonków scala i łączy najczęściej ilość posiadanego mienia i konto, w końcu decydują się oni na podjęcie działań mających na celu adopcję dziecka i trafiają „po przejściach” do ośrodków adopcyjnych. Przyzwyczajeni do wygodnego życia kandydaci zaczynają poszukiwania odpowiedniego kandydata, którym jest dziecko odchowane, zdrowe, bezproblemowe, łatwe w wychowaniu, grzeczne i zdolne - bez obciążeń genetycznych. Wybierają dziecko o cechach i podobieństwie zbliżonym do nich, istotną rolę mają takie czynniki jak, kolor oczu, włosów, płeć, budowa anatomiczna /najlepiej ok. 4-7 letnie, a najczęściej dziewczynka /. Szybko „załatwiają” wszystkie sprawy związane z adopcją, przechodzą selekcję i sito, przenikając przez „szczelne” procedury i stają na nowej drodze życia przez wyzwaniem, któremu na imię rodzicielstwo zastępcze lub adopcja pełna. Z drugiej ich strony, do wspólnego życia w rodzinie staje dziecko, które także jest „po przejściach”. Często pokaleczone na ciele i duszy, pozbawione od lat miłości, wychowane w procedurach, regulaminach, przepisach, paragrafach, wzrastające w poczuciu winy i doświadczane losem, którego nie można życzyć najgorszemu wrogowi. Emocjonalny wrak o duszy dorosłego człowieka, który mieszka w cielesnej powłoce dziecka.

Potrzeby i oczekiwania obu stron nowo tworzonej rodziny – jakże odmienne, jakże skrajne i jakże różne. Skrajne i przeciwstawne cele, a wspólna droga do siebie niebezpiecznie odległa. Wystarczy chwila nieuwagi, kilka przypadkowych zdarzeń, kilka pedagogicznych porażek, kilka błędów wychowawczych, błędne założenia adopcyjnych celów, nie spełnienie prostych i zwyczajnych wydawałoby się oczekiwań względem siebie, by doprowadzić do adopcyjnej porażki, w której przegraną stroną, podobnie jak w poprzednim moim opisie adopcji, będzie najsłabszy w układzie walki emocjonalnej pomiędzy dzieckiem adoptowanym, a rodzicami czyli dziecko.

Niestety, z przykrością należy stwierdzić, że bardzo często tego typu adopcyjne związki kończą się przed czasem. Stroną silniejszą i wygrywającą są adopcyjni rodzice, którym z racji posiadania majątku, wiedzy, doświadczenia prawnego i umiejętności poruszania się w gąszczu zawiłości prawnych, sprzyjają nawet „ściany”. Kartą przetargową i kroplą przelewającą kielich goryczy adopcyjnej porażki prawie zawsze jest stwierdzenie, że rodzice adopcyjni zrobili wszystko co mogli ze swojej strony / czyli są dobrzy /, natomiast wina leży po stronie dziecka, które jest „tym złem” jakiego nie spodziewali się otrzymać z dobrodziejstwem inwentarza. Co ciekawe, prawie nigdy nie dopatruje się winy po stronie dorosłych lecz zawsze przypisuje się winę dziecku, które w jakiś dziwny sposób nie spełnia lub przestało spełniać oczekiwania adopcyjnych rodziców, czy to zdrowotne, czy też emocjonalne lub wychowawcze. Dochodzi do paradoksu, w którym bardzo trudno jest otrzymać dziecko, zanim spełni się wszystkie procedury związane z adopcją przez kandydatów na rodziców, a z drugiej strony, bardzo łatwo jest się przez tych samych rodziców dziecka już swojego pozbyć i to świetle prawa, bez żadnych konsekwencji i odpowiedzialności za własne błędy. Przecież wszystko co robimy jako adopcyjni rodzice - jest dla dobra dziecka, to jest oczywiste i takie proste, a właściwe instytucje muszą to zrozumieć – kupiliśmy sobie zabawkę i możemy się nią bawić tak długo jak jest sprawna, a kiedy się już zepsuła lub znudziła albo kiedy już nie umiemy się nią bawić, to można ja wyrzucić… /tylko, że zabawka tą jest dziecko więc trzeba się jego pozbyć/. Droga, środki i narzędzia służące temu celowi są już doskonale mi znane z autopsji i przeze mnie opisane.

Przedstawię je poniżej w kolejnej części…

Dobrze się staje, kiedy takie adopcje zostają prawnie i szybko rozwiązane, ponieważ obie strony nie tkwią w „toksycznym związku adopcyjnym” i nie prowadzi to do eskalacji negatywnych zdarzeń w rodzinie. Oczywiście, jak już pisałem – wygrywa strona silniejsza – czyli dorośli. Bardzo łatwo zapominają o przeszłości i kończą na etapie pierwszego podejścia. Gorzej jeżeli przechodzą do kolejnej „próby” bogatsi o poprzednie doświadczenie i ponownie się im to udaje. W tym miejscu wpisuję moje osobiste zdanie na ten temat, zaznaczam – bardzo osobiste – adopcyjnym rodzicom, którzy oddali adoptowane przez nich dziecko do ponownej adopcji nie powinno się już żadnego innego dziecka powierzać, skreślając z listy potencjalnych kandydatów. Nikt nie zadaje sobie sprawy, albo tylko nieliczni specjaliści postrzegający problem, co dzieje się w sercu i umyśle dziecka, któremu się nie powiodło w „nowej rodzinie”. Dotychczas połamany świat dziecka, powierzone w nowe ręce rodziców nadzieje i ufność dziecka, jego miłość, po raz kolejny zostały wystawione na zniszczenie przez dorosłych. Czy to nie za dużo jak na jedną małą istotę ludzką, którą krzywdzi świat dorosłych? Mimo tego co się stało, dla dziecka jest to stan „gorszego zła”.

Spróbujmy znaleźć się położeniu dziecka, któremu „udało się” i trafiło na stan „lepszego zła”, czyli trafiło do rodziny adopcyjnej „ustawionych”, w której teoretycznie powinno się zapomnieć o fakcie adopcji, a życie nie napisze w nim innego scenariusza niż proste – żyli długo i szczęśliwie doczekując długiej i pogodnej starości, w kręgu wychowanych przez siebie dzieci, wnuków i prawnuków, w rodzinie pełnej miłości, ciepła i nieustającego szczęścia. Dzieci wychowane w takiej rodzinie wyrosły na prawych obywateli, zostały wykształcone, zajmują ważne stanowiska, pożyteczne dla dobra ogółu i przynoszące chlubę swoim rodzicom adopcyjnym. Spełnienie marzeń obu stron rodziny adopcyjnej, zarówno rodziców jak i dziecka. Nie… w tym świecie szczęścia nie mamy nic do szukania.

Znacznie gorsza jest sytuacja, w której dziecko trafia do rodziny „ustawionych”,
w której, w miejsce przede wszystkim miłości, spełniania ról rodziców i dziecka względem siebie w najwłaściwszy sposób, zaczynają się pojawiać czynniki dysfunkcyjne, oczekiwania jednostronne, a wzajemne relacje zamiast wszystko naprawiać, z czasem - psują. Na początku w takiej rodzinie wybucha euforia, eksplozja radości z kolejnego sukcesu, jaki udało się rodzicom osiągnąć. Wszyscy wokół przecież mogą dostrzec, że oto jesteśmy tacy sami jak inni „ustawieni”. Najbliższa rodzina jest zachwycona sukcesem, którym wszyscy się dzielą. Następuje niekończące się święto sukcesu, w którym wokół dziecka oprócz nowych rodziców pojawiają się nowi członkowie rodziny, dziadkowie, ciocie, kuzynostwo… Każdy chce uszczknąć szczęścia, które i być może przez tą sytuację, spadnie na nich. Sielanka szybko się kończy i życie wraca do codzienności. Rodzice wracają do pracy, rzucają się w wir innych codziennych spraw i nie mają zbyt wiele czasu dla ich pociechy. Nagle pośród nich zaczyna pozostawać samotne, oczekujące szczególnej troski i miłości dziecko – „dziecko po przejściach”, któremu nie wystarczy pełna szafa zabawek, posiłki podawane na czas i ciepły kąt w mieszkaniu, w którym nie potrafi się znaleźć. Zamiast troski, ciepła i serdeczności, zamiast bezgranicznej, bezwarunkowej lecz nade wszystko rozsądnej miłości, otrzymuje ono zadania do wykonania i polecenia, którym należy się podporządkować. Rodzice przenoszą swój świat dorosłych, świat wzajemnych relacji i zachowań, z działań wojennych na polu walki, jakim jest walka - o być i mieć - na dziecko, które nie potrafi zrozumieć świata dorosłych, a jedynie go akceptować lub odrzucać. Nauczone w swoim dotychczasowym życiu bierności, postaw negatywnych i roszczeniowych tak w sferze materialnej jak i uczuć, potrafi swoim zachowaniem zachwiać dotychczasowe wyobrażenie, o dziecku przez rodziców. Kiedy zaczynają się emocjonalne schody, łatwo jest popełnić błąd przez niczego nieświadomych rodziców. W dziecku zaczynają się rodzić pretensje do świata rodziców i bunt, ponieważ nie potrafi znaleźć w nim dla siebie swojego miejsca. Dziecko wyrabia w sobie postawę odrzucania i filtrowania zdarzeń, które do niego dochodzą, mając doskonałe doświadczenie, z czasów pobytu przez nie w domu dziecka. Rodzice nie uznają innego zdania i racji jak swoją, więc na styku tych skrajnych dwóch światów zaczyna rodzić się determinacja w dążeniu do własnych celów, gdzie ponownie zwycięzcą stają się dorośli. Twardzi, nieustępliwi i idący po trupach do celu… Dziecku nie jest łatwo stawić im czoła i przegrywa praktycznie na starcie w nowe życie.

Adopcyjni rodzice – już w tym momencie toksyczni dla dziecka - w walce ze swoim przecież dzieckiem, teoretycznie powinni szukać pomocy w poradniach pedagogicznych o właściwych specjalizacjach / pedagogika specjalna z ukierunkowaniem na wychowanie dzieci po traumatycznych przejściach / ale niestety tak się nie dzieje. Przecież takie szukanie pomocy w poradni mogłoby utwierdzić kogoś w przekonaniu, że się na rodziców adopcyjnych nie nadają, a im się wszystko udaje… Zatem rodzice tacy sądząc, iż sobie doskonale poradzą, zaczynają szukać rozwiązań problemów wychowawczych swojego dziecka we własnym doświadczeniu i życiowej wiedzy. Z racji tego, że tego pierwszego im brakuje, często sięgają po drugie…

Życiowa wiedza bywa zawodna, a z jej zamglonej pamięci przywoływane są często wspomnienia z dzieciństwa, w których pokutują także nawyki i błędy wychowawcze własnych rodziców, dziadków, szczególnie pokoleniowe i kulturowe. Jednym z obciążeń pokutujących w przeświadczeniu o wychowaniu dziecka są stosowane wobec niego kary cielesne. Z drugiej strony przypomina mi się stwierdzenie, że dzieci bite przez rodziców będą biły własne dzieci. Hipokryzją zakrawa fakt, że za czyn pobicia dorosłego człowieka przez dorosłego, dla wymuszenia własnej woli, trafić można do więzienia, a pobicie dziecka przez osobę dorosłą można nazwać „wychowywaniem”. Niestety, w przypadkach toksycznych adopcji, jednym z podstawowych argumentów wychowawczych stosowanych przez „rodziców” stosowane są nagminnie wymuszenia stojące na fundamencie ich przemocy fizycznej i psychicznej.

Nie pomijając faktu, stosowanie takich kar przez toksycznych rodziców adopcyjnych przenoszone jest w czasie na okres wieloletni, często cały okres adopcji, z pominięciem stosunkowo krótkiego okresu nie stosowania ich na adopcji początku, można stwierdzić, że mówimy o „zespole lub syndromie dziecka maltretowanego”, który wymaga udzielenia natychmiastowej pomocy poszkodowanemu dziecku, zarówno psychologicznej, medycznej jak i przede wszystkim prawnej. Dzisiaj na szczęście jest więcej instrumentów prawnych i powołanych do tego celu instytucji, także stowarzyszeń działających na zasadzie służebności pokrzywdzonym, np. telefonów zaufania, niż przed laty, niemniej uważam, iż przypadki takie mają dalej miejsce ponieważ są skrzętnie ukrywane przez sprawców tych haniebnych czynów, a krzywdzone dzieci nie potrafią się samodzielnie przed maltretowaniem, przez toksycznych adopcyjnych rodziców bronić.

*****

Przedstawię teraz narzędzia i instrumenty wykorzystywane dla ociągnięcia „celów wychowawczych”, stosowane przez „toksycznych rodziców adopcyjnych”. Co ciekawe – można zauważyć – stosują je obie grupy toksycznych rodziców adopcyjnych, zarówno „przeciętni” jak i „ustawieni”, stąd nasuwa się wniosek, że toksyczne rodziny adopcyjne mogą być skrajnie różne, ale posługują się ciągle tymi samymi metodami do osiągnięcia swoich prywatnych celów. Kary i stosowane sankcje są odpowiednio dawkowane przez „kochających” dziecko rodziców w zależności od wieku dziecka, przeważnie jednak są one stosowane w nadmiarze ilościowym jak i jakościowym.
1. Stosowanie kar cielesnych nie mających znamion symbolicznych „klapsów” lecz kończące się pobiciem, często mające cechy długotrwałego i przewlekłego stosowania siły nawet o podłożu sadystycznym, przy użyciu odpowiednich narzędzi, ustawiczne karanie dziecka za najmniejsze oznaki nieposłuszeństwa lub nie spełnienie oczekiwań rodziców. Zawstydzanie dziecka i poniżanie go przez rozbieranie przed wykonaniem kary. Skutki tego typu działań są skrzętnie ukrywane przed środowiskiem, zarówno przez rodziców jak i samo dziecko.
2. Stosowanie kar o podłożu uczuciowym i emocjonalnym, pozbawianie dziecka pozytywnych stanów emocjonalnych, okazywanie obojętności i wyrabianie w dziecku poczucia winy. Brak wyrażania miłości w stosunku do dziecka.
3. Pozbawianie karanego dziecka elementarnych potrzeb jak posiłki, napoje w zamian za osiągnięcie zamierzonych celów. Typowym przykładem jest np. nie podawania innych posiłków tak długo, dopóki dziecko nie zje poprzedniego posiłku, nawet w dniu następnym. Stosowanie wyrafinowanych i specjalnie przygotowanych posiłków, których skutkiem są określone negatywne lub samoobronne reakcje organizmu.
4. Ubieranie dziecka niezgodnie z modą i obowiązującymi standardami, skazując tym samym dziecko na publiczny wstyd lub ośmieszenie. W skrajnych przypadkach stosowanie ubrań mających na celu wywołanie dyskomfortu fizycznego.
5. Pozbawianie dziecka zabawek, przytulanek, mimo tego, że są one w zasięgu ręki i wzroku dziecka.
6. Pozostawianie dziecka samego w domu, zamykanie go na długi czas tylko w jednym z wielu przecież możliwych dostępnych pomieszczeń lub nie wpuszczanie go do domu, kiedy nie ma w nim kogoś z rodziców.
7. Stosowanie zakazów słuchania muzyki, oglądania programów telewizyjnych stosownych do wieku dziecka.
8. Całkowity lub prawie całkowity /z wybranymi przez rodziców wyjątkami/ zakaz kontaktów z rówieśnikami poza godzinami zajęć szkolnych. Zakazy wychodzenia z domu i przyprowadzania do domu koleżeństwa i przyjaciół.
9. Stosowanie i wymuszanie, jako tzw. szkolenie i przygotowanie do przyszłego dorosłego życia, wykonywanych przez dziecko czynności, mających znamiona pracy fizycznej, z której rodzice czerpią korzyści materialne.
10. Stosowanie wobec dziecka rozwiązań skrajnie odwrotnych do procesu wychowania dziecka, pozbawianie go możliwości uczestnictwa w życiu szkoły, kół zainteresowań i hobby. Ustawiczne wyrabianie w dziecku poczucia bezradności i nieprzystosowania społecznego.
11. Skrajnie rygorystyczne przestrzeganie godzin i terminów powrotu dziecka do domu przy jednoczesnym stwierdzaniu, że zostanie ono nie wpuszczone do domu w przypadku spóźnienia. W skrajnych przypadkach wyrzucanie z domu i pozostawienie bez środków do życia, na wiele tygodni lub skazywanie małoletniego dziecka do życia na własny rachunek.
12. Zakazy spotykania się z rówieśnikami płci przeciwnej, z jednoczesnym skrajnym kontrolowaniem dziecka, ustawicznymi podejrzeniami, pozbawieniem go elementarnych zasad intymności i całkowitym brakiem zaufania. Pilnowane dziecko staje się osaczone jak zwierzę przez nagonkę wywołaną przez własnych „rodziców”.
13. Pozbawienie dziecka możliwości rozmów z rodzicami jako partnerami, brak wyjaśnień, pouczeń i rad, brak prowadzenia partnerskich dialogów i podawania stosownych do biologicznego rozwoju dziecka informacji dotyczących poglądów, płci, religii, postępowania względem innych, hamowanie emocji i uczuć, w tym uczuć wyższych.
14. Zatajanie, zakłamywanie lub pozbawianie dziecka informacji o tym kim jest, skąd pochodzi, jakie były jego losy w życiu przed adopcyjnym, z jednoczesnym stwierdzeniem i przekonaniem, że dziecko nie ma nikogo oprócz rodziców /ukrywanie informacji o tym, że jego rodzice nie są rodzicami biologicznymi/.
Wbrew niesłusznym oczekiwaniom i przeświadczeniu adopcyjnych rodziców, że małoletnie dziecko /3-7 letnie/ w skutek zmian adopcyjnych, przestaje pamiętać lub zapomina z czasem o swojej przeszłości, bardzo często zdarza się, że niestety dziecko „po przejściach” doskonale pamięta i ukrywa swój pierwszy świat przed drugim. W skutek tego żyje w swoistej schizofrenii uczuciowej, rozdarte pomiędzy tym co straciło, a tym co w skutek adopcji zyskało albo również straciło ale po raz drugi. Ponadto, jeżeli nawet dzięki zbiegowi okoliczności zapomniało o swojej przeszłości, to zawsze znajdzie się ktoś „uczynny”, kto w największej tajemnicy i dla dobra dziecka, powie mu w najmniej spodziewanym momencie o tym, o czym wszyscy mówią i wiedzą, tylko nie samo dziecko.
15. W sytuacji nabycia wiedzy o przeszłości dziecka przez nie samo, usilne przekonywanie rodziców o wyjątkowości dokonanego przez nich aktu adopcji i konieczne w zamian za ten akt, całkowite się im podporządkowanie.
16. Konsekwencją tego aktu dobroci musi być całkowite poświęcenie się adopcyjnym rodzicom, a na starość dozgonna opieka. Poświęcenie to musi przejawiać się w ślepym i bezgranicznym, wręcz służalczym oddaniu, a dorosłe już dziecko nie ma prawa do własnego życia, rodziny, dzieci i miłości innej jak tylko do adopcyjnych rodziców. W przypadku jakiegokolwiek objawu najmniejszego nieposłuszeństwa grozi „adopcyjna ekskomunika”.
17. „Adopcyjna ekskomunika” – to ustawiczny przedmiot szantażu emocjonalnego, uczuciowego i materialnego, to karta przetargowa toksycznych adopcyjnych rodziców, którzy doskonale się orientują, że dziecko – już dorosły człowiek, poza nimi najczęściej nie ma nikogo, ponieważ w szczególny sposób się do tego przyczynili. Kto z adoptowanych dzieci wybierze - wg rodziców niewłaściwie – jest i pozostaje skazany przez nich na zapomnienie…

W tym osaczeniu emocjonalnym adopcyjnego dramatu, są tylko dwie możliwe i dalsze drogi dla młodego, już dorosłego lub prawie dorosłego człowieka. Pierwsza to pozostać i podporządkować dalsze – całe swoje życie rodzicom adopcyjnym i być skazanym na swój samotny koniec z dramatem w tle. Druga to… uciec… uciec jak najdalej, jak najszybciej i jak najwcześniej, pozostawiając wszystko to, co bolesne ,za sobą i rozpocząć nowe życie. W obliczu wymuszonego przez życie wyboru – poszedłem drugą drogą…

cdn...


Pozdr. Miecz.S-K
mailto: mieczyslaw.soroka.korczyc@gmail.com
gg: 230220
"Jeśli przechodzisz przez piekło, nie zatrzymuj się!" – Winston Churchill
Koszulki reklama
Znajdź Cytuj


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości