Ocena wątku:
  • 0 głosów - 0 średnio
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Dylemat po latach.
Klara

Nasz nowy przyjaciel
**
Liczba postów: 2
Dołączył: 05-03-2013
Reputacja: 0
Post: #1
05-03-2013 02:27
Witam wszystkich bardzo serdecznie.
Trafiłam tutaj troszkę przypadkiem, buszując w internecie po tematach dotyczących adopcji. I dobrze, bo z nikim o tych sprawach nie mogę porozmawiać, a bardzo mi tego potrzeba. Mój dylemat polega na tym, że od długiego czasu myślę o tym, czy warto poznać prawdę, bo właściwie to już w moim przypadku niczego nie zmieni, ale może da mi szansę na wyjście z sytuacji, kiedy inni wiedzą, a ja nie... Zresztą oceńcie sami...
Pewność, że jestem adoptowana, zyskałam dopiero w wieku 55! lat, kiedy moi Rodzice (adopcyjni) już nie żyli. Ale wcześniej oczywiście były przesłanki, które dawały mi do myślenia. Najwcześniejsze wspomnienie (długo miałam nadzieję, że to mi się śniło, ale chyba jednak nie) to był wczesny poranek kiedy miałam ok. 10 lat. Tego dnia jechałam na wycieczkę. Rodzice pewnie myśleli, że śpię ale ja się już obudziłam i usłyszałam jak rozmawiają : " Może jej powiedzieć? Nie, jest jeszcze za mała, nie zrozumie..." Nie wiem dlaczego pomyślałam od razu o adopcji, miałam popsutą całą wycieczkę, ale potem wmówiłam sobie, że to nieprawda i że mi się to śniło, ale jak widać nigdy nie zapomniałam...
Kiedyś spytałam moją Mamę o której godzinie się urodziłam - odpowiedziała, że nie pamięta, a po zastanowieniu odpowiedziała, że chyba koło 20-tej (Jak można nie pamiętać porodu?)
Pierwszy ważny moment nastąpił, kiedy znalazłam dokument świadczący o tym, że mój ukochany Tata, nie mógł być ojcem. Miałam wówczas ok 14 lat. Dokument miałam w ręce tylko przez moment i póżniej nie byłam pewna, czy dobrze odczytałam, ale wątpliwości pozostały.
Kiedyś kiedy byłam już dorosła moja daleka kuzynka, też powiedziała coś takiego, co skojarzyło mi się tylko z moją adopcją...
Bardzo kochałam Rodziców i nigdy nie miałam odwagi zapytać wprost, bo uważałam, że może powiedzą mi kiedyś... A przecież, gdyby to była nieprawda to wyszłoby idiotycznie.
I tak sobie żyłam z tą niepewnością, a raczej prawie z pewnością.
Nie powiedzieli mi nigdy. Pomyślałam - trudno... Ale to co nastąpiło potem, nie daje mi spokoju:
Najpierw brat Taty powiedział o kuzynce - "no, przecież ona była adoptowana, tak jak ty..." - zrobiło mi się gorąco, ale nie dałam poznać, że nie wiedziałam, bo on był pewny, że ja wiem!
Później odważyłam się zadać pytanie wprost innej kuzynce - "... bo ty wiesz, że ja jestem adoptowana?"
Przyznała, że wie od swojej Mamy.
Nikogo więcej nie odważyłam się spytać, ale dylemat "Kto jeszcze wie?" nie daje mi spokoju. Czy to znaczy, że inni wiedzieli (lub się domyślali) tylko nie ja, bo mnie nie powiedziano?
Nie wiem, czy rozumiecie o co mi chodzi, ale myślę, że tak.
Powiedzcie, czy w tym kontekście nie powinnam pójść do USC i spróbować dowiedzieć się prawdy? Może to coś wyjaśni i uspokoję się...
Pozdrawiam.

Koszulki reklama
Znajdź Cytuj
Miecz.S-K

Przyjaciel nie do ruszenia
***
Liczba postów: 94
Dołączył: 01-11-2011
Reputacja: 1
Post: #2
05-03-2013 23:11
Witam…
Z wypowiedzi Twojej Klaro wynika jasno i wyraźnie, a także potwierdza regułę to, o czym już niejednokrotnie pisałem, że adoptowane osoby praktycznie zawsze dowiadują się, o ukrywanym fakcie swojej adopcji przez rodziców adopcyjnych. Naturalnym jest też fakt, że dowiadują się o tym ostatni. Przecież wszyscy wokół członkowie nowej rodziny, sąsiedzi, najczęściej traktują fakt zaistnienia adopcji jako swoistą sensację na skalę lokalną i interesujące wydarzenie, oczywiście do kolejnego wydarzenia, które wytłumi poprzednie. Niestety pamięć ludzka, wbrew pozorom, nie zawsze jest zawodna i kiedy zainteresowani ukrywaniem faktów adopcji rodzice czynią wszystko, aby zapobiec ujawnieniu tajemnicy, w najmniej nieoczekiwanym momencie tajemnice te są odkrywane na nowo, zawsze z krzywdzącym obie strony skutkiem /rodziców adopcyjnych i ich dzieci/. Oczywiście innym zagadnieniem jest sam fakt ujawnienia adopcji dziecku, w jakich okolicznościach, przez kogo i dlaczego. Dzisiejsza świadomość rodziców adopcyjnych i wiedza pedagogiczno – psychologiczna, w zakresie adopcji, jest zgoła inna od tej sprzed trzydziestu, czterdziestu, czy pięćdziesięciu lat. Średnio co ok. 10 lat zmienia się znacząco naukowe spojrzenie na cały proces adopcyjny i wszystko co jest z tym zagadnieniem związane. Można powiedzieć, że adopcja sprzed dwudziestu lat i więcej, to cała epoka. Dzisiaj świadomie wprowadza się wiedzę o adopcji dziecka od często najmłodszych lat, by nie zaistniały właśnie takie sytuacje, jak Twoja Klaro. Niestety decyzja ta zależy od poziomu wiedzy kandydatów na rodziców, o adopcji, ich świadomości i celowości nie ukrywania faktu adopcji przed dzieckiem. Przed światem „zewnętrznym” najbliższego środowiska i tak przecież faktu tego nie da się ukryć. Właśnie „oni” wszyscy o wszystkim, prawie wszystko wiedzą, ale robią dobrą minę do złej gry. Później mają miejsce właśnie takie sytuacje, które opisujesz Klaro, że ktoś w rodzinie coś powie, przypadkiem, niechcący, niby nieświadomie, ale tak naprawdę bardzo tym „innym” zależy, aby w tajemnicy zepsuć poukładany jakoś adopcyjny świat rodziny.
Wypada w tym miejscu stwierdzić, że nie rozumiem tychże rodziców, którzy za cenę nieustającej niepewności i możliwości wyjawienia faktów, za możliwość odkrycia tajemnic przez dorastające dziecko, potrafią płacić najwyższą cenę, do zniszczenia więzów z dzieckiem włącznie, kiedy się ono o fakcie tym dowiaduje, a trzymają ową tajemnicę przed dzieckiem, często do końca swoich dni, skazując je później na przejścia, które nie powinny mieć miejsce. W tej konkretnej sytuacji rodzice odchodzą, a problem adoptowanego i rozdartego człowieka, często samotnego, pozostaje nie wyjaśniony.
W Twoim Klaro przypadku – chociaż minęło wiele lat – Powinnaś zrobić wszystko, aby wyjaśnić swoją przeszłość, by móc dalej emocjonalnie, w miarę normalnie funkcjonować. Odpowiedzi na pytania, które sobie Zadajesz, a które obecnie są dla Ciebie tajemnicą, są Twoim fundamentalnym prawem, a moim zdaniem także obowiązkiem. Niewiedza o swojej przeszłości jest nieustającym niepokojem serca, a poznanie prawdy, chociażby najgorszej, pozwala dalej, w miarę normalnie żyć…

Zatem Biegnij do USC w miejscu swego urodzenia – po odpis zupełny z metryki urodzenia… Tam się zaczyna początek poznania swojej przeszłości. Później kolejne, trudne kroki… ale warto zrobić to dla siebie…


Pozdr. Miecz.S-K
mailto: mieczyslaw.soroka.korczyc@gmail.com
gg: 230220
"Jeśli przechodzisz przez piekło, nie zatrzymuj się!" – Winston Churchill
Koszulki reklama
Znajdź Cytuj
Tomcio

Nasz nowy przyjaciel
**
Liczba postów: 17
Dołączył: 27-06-2011
Reputacja: 0
Post: #3
07-03-2013 01:21
Witaj
Szukaj jak najszybciej, wyjaśniaj co możesz, nie wahaj, się przed poznaniem prawdy, jeśli teraz odpuścisz później się za to nie weźmiesz, będziesz czekała na to, że coś się stanie, a nic się nie stanie.
Pozdrawiam Tomcio

Koszulki reklama
Znajdź Cytuj
Klara

Nasz nowy przyjaciel
**
Liczba postów: 2
Dołączył: 05-03-2013
Reputacja: 0
Post: #4
23-03-2013 01:04
Dzięki, że odpowiedzieliście. Przepraszam, że dopiero po długim czasie zajrzałam tutaj. Jakoś myślałam, że mój problem jest na tyle błahy, że nie odpowiecie. Bo właściwie jakie to ma znaczenie w moim wieku. Zwłaszcza, że przecież nigdy nie dowiem się tego, co chciałabym wiedzieć. 1) Kto o tym wie? (przecież nie będę każdego pytać!) i 2) Dlaczego moi Rodzice (adopcyjni) nie mieli odwagi mi tego powiedzieć. Ale chyba macie rację, powinnam zdobyć się na odwagę i spróbować dowiedzieć się prawdy. Ale jednocześnie bardzo się tego boję.
Pozdrawiam wszystkich

Koszulki reklama
Znajdź Cytuj


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości