Ocena wątku:
  • 0 głosów - 0 średnio
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Domy, w których płaczą ściany, a człowiek nie...
Miecz.S-K

Przyjaciel nie do ruszenia
***
Liczba postów: 94
Dołączył: 01-11-2011
Reputacja: 1
Post: #1
11-11-2015 20:20
Długo zastanawiałem się czy należy poruszać temat toksycznych instytucji opiekuńczych zadając sobie pytanie czy warto...? Czy trzeba...? Komu pisanie o tych negatywnych zjawiskach jest też w końcu potrzebne. Fakty wskazują jednak, że nie powinno się takich spraw zamiatać pod dywan,
a wszelkie zło występujące w nieprawidłowo funkcjonujących zinstytucjonalizowanych domach dziecka, w których dzieje się źle, bez względu na to kto nimi zarządza i kto w nich pracuje, powinno być ujawnione. Mam świadomość, że uderzając w przysłowiowy stół natychmiast odezwą się nożyce, ale przecież nie po to staramy się naprawiać połamany i zniszczony przez dorosłych świat dziecka. Właśnie po to są powoływane z mocy prawa instytucje, które mają służyć dla dobra dzieci po przejściach. Tym bardziej powinno się takim instytucjom patrzeć na ręce ponieważ korzystają ze społecznych środków wydatkowanych w ściśle określonym dla dobra wyższego celu. Przy wielkim moim szacunku dla prawidłowo funkcjonujących pod różnym zarządem domów dziecka, zawsze można znaleźć takie w których dzieje się źle i służą one do innych celów niż zostały powołane. Podobnie, jak w toksycznych rodzinach adopcyjnych i zastępczych, które niewątpliwie istnieją, tak i w toksycznie funkcjonujących domach dziecka jest wiele cech mających wspólne fundamenty i podłoże. Wykorzystuje się w nich wszelkie możliwości uzyskania łatwego zysku, w tym takiego, który jest poza kontrolą lub łatwo jest ukryć swoją działalność pod płaszczykiem źle pojętej i często wykraczającej poza granice prawa "dobroczynności". Wszakże kto jak kto, ale małe dziecko, dorastający młody człowiek, często po przejściach, nie posiadający nikogo komu mogłoby się poskarżyć lub odwołać od doznawanej krzywdy, nikomu z krzywdzących go dorosłych nie jest w stanie zaszkodzić. Nikt bowiem nie uwierzy nieletniemu po przejściach, który niesie ze sobą łatkę dziecka trudnego i nieprzystosowanego. Stereotypy postrzegania zła, które tkwią w dorosłych zawsze są ukierunkowane na fakt, iż owi dorośli zawsze mają rację i posiadają monopol na decyzje, którym muszą się podporządkować powierzone im dzieci. Instytucjonalne i instrumentalne traktowanie słabszych, jako tych z natury "gorszych" przez stronę silniejszych dorosłych, często mających za sobą instrumenty nacisku, władzy, przymusu, w otoczeniu przyzwolenia świata zewnętrznego prowadzą prostą drogą do ludzkich dramatów w bliższej lub dalszej przyszłości, których ofiarami były, są i będą krzywdzone w nich dzieci lub wychodzący z tych, toksycznych instytucji wychowawczych w świat samodzielności młodzi ludzie, którym na pozytywnym oddziaływaniu nie będzie zależało. Tego typu instytucje nie przygotowują bowiem nikogo z powierzonych im dzieci do dorosłego i samodzielnego życia lecz działają na szkodę społeczeństwa i dla samych wychowanków.
Toksyczne rodziny, w tym adopcyjne i zastępcze, to zło wkomponowane w świat relacji rodzice - dziecko, w który krzywdę doznaje jedno lub kilkoro dzieci, ale trzeba także powiedzieć, że toksyczne domy dziecka, bez względu na ich przynależność prawną i pod jakimi instytucjami są zarządzane, to skoszarowana i sprawnie działająca fabryka zła, w której ofiarami są przede wszystkim dzieci, a czasem także pracownicy, którzy mimo wielkiego zaangażowania muszą się podporządkować tej "sprawnie" funkcjonującej machinie, by nie utracić pracy, często jedynego źródła utrzymania. Współzależność, źle rozumiana solidarność zawodowa, często rodzą patologiczną zmowę milczenia przez którą nie można się w żaden sposób przebić. Jeżeli już znajdzie się ktoś, kto próbuje naprawić toksyczny świat dorosłych - może co najwyżej rozbić sobie głowę...
Może nie tak do końca... Czasem warto wierzyć w człowieka, jego upór i determinację.

W tym miejscu zaproponuję lekturę ciekawej, aczkolwiek nieco przemilczanej i szybko odesłanej niesłusznie na archiwalne półki książki Justyny Kopińskiej "Czy Bóg wybaczy siostrze Bernadecie?"
Natomiast na deser proponuję załączoną lekturę reportażu, który ukazał się na stronie wiadomości.wp.pl - poniżej przytaczam link do źródła. Cały tekst przytaczam w całości.
W związku z tym, iż uzyskałem zgodę na umieszczenie w tym miejscu tego tekstu od autora, którym jest Pan Cezary Łazarewicz - pragnę w tym miejscu za otrzymanie zgody tej serdecznie podziękować.

P.S. Uważam, że bardzo wiele będą mieli do powiedzenia w tej sprawie obecni użytkownicy forum, byli już wychowankowie podobnie działających placówek.

======================================================================
http://wiadomosci.wp.pl/kat,142078,title...aid=115e3a

Zły dom św. Faustyny. "Mieliśmy nadzieję, że Caritas straci ten sierociniec"


- Mój cyrk, moje małpy - odpowiadał dyrektor sierocińca w Giżycku Marek W., gdy był pytany o to, dlaczego tak, a nie inaczej traktuje podopiecznych. Dzieci były karane pozbawieniem ubrań, widzeń z rodziną, wyjść na miasto. W. miał też ciężką rękę - bił wychowanków. Straszył też więzieniem i wyzywał. "Gdy kogoś brał do gabinetu, wszyscy musieli opuścić piętro i zejść na dół. Później mówili, co się tam działo: szarpanie, ubliżanie, kopanie, wykręcanie rąk. Kazał o tym chłopakom nie mówić. - Bez świadków nic mi nie zrobicie. Nikt wam nie uwierzy - powtarzał" - zeznawał jeden z jego podopiecznych. A wszystko to działo się pod kuratelą ełckiego Caritasu.

W mailu do redakcji J. napisał, że powinienem przyjechać do Giżycka i przeczytać akta sprawy karnej dotyczącej znęcania się nad małoletnimi wychowankami domu dziecka świętej Faustyny - Wielkie Serce. "To bardzo ciekawa lektura" - zachęcał J., dołączając do listu link do artykułu sprzed pięciu lat.

"Według ustaleń giżyckich prokuratorów, oskarżony znęcał się fizycznie nad sześcioma wychowankami. Popychał ich i szarpał, trzech uderzył rękoma po twarzy i kopał po całym ciele. Jedno z dzieci zrzucił ze schodów, inne uderzył deską w plecy. Oskarżony znęcał się psychiczne nad małoletnimi, poniżał, wyszydzał, groził pobiciem, uniemożliwiał podopiecznym kontakty z rodzicami. Niech pan sprawdzi, jak to się zakończyło" - pisał J.

Akta sprawy domu świętej Faustyny odnalazłem w archiwum sądu rejonowego w Giżycku. Szare skoroszyty do sekretariatu sądu przyniesiono mi w plastikowym koszu. Otworzyłem akta na zeznaniach Kamila D., który w giżyckim domu dziecka spędził siedem lat.(Potem się dowiedziałem, że był jednym z nielicznych dzieci, które podczas przesłuchań nie poskarżyło się prokuratorowi ani na dyrektora, ani na warunki).

"Pan dyrektor dobre uczynki wynagradza, a złe każe. Robertowi Z. dał wieżę [muzyczną] i sto złotych, bo dobrze się uczył i dobrze zachowywał, a Damiana G. walnął o podłogę. Ale nie bez powodu" - zeznawał Kamil D.

"Damian wyzywał wychowawców i wtedy pan Marek zapytał go: "Co zrobiłeś, ty cwelu? Mama cię nie wychowała". Pan dyrektor się wtedy wkurzył i rzucił Damianem o podłogę i uderzył pięścią w twarz" - tłumaczył wówczas D.

Kamil zeznał też, że Damian pokazywał mu kiedyś wielkiego siniaka na plecach i powiedział, że to pamiątka po spotkaniu z panem dyrektorem.

"Ale mu nie wierzyłem" - zeznał i jeszcze raz zapewnił: "Nic nie wiem, żeby osoby dorosłe kogoś u nas krzywdziły".

Firma musi zarabiać

W 2006 roku miejscowy nauczyciel muzyki Marek W. namówił dyrektora ełckiego Caritasu ks. Dariusza Kruczyńskiego do przejęcia podupadającego państwowego domu dziecka w Giżycku. W ten sposób, jak tłumaczył, chciał pomóc biednym dzieciom, które w państwowym domu dziecka narażone były na narkomanię, prostytucję, przestępstwa i inne niegodziwości.Pod koniec 2006 roku dyrektor ks. Kruczyński wynegocjował ze starostwem powiatowym przejęcie budynków, dotychczasowych wychowawców i wychowanków.

Pod koniec 2006 roku dyrektor ks. Kruczyński wynegocjował ze starostwem powiatowym przejęcie budynków, dotychczasowych wychowawców i wychowanków.

- Chodziło o pieniądze - mówi nauczycielka X. związana z domem Wielkie Serce (prosi by nie podawać jej nazwiska, bo nie chce mieć kłopotów). - Starostwo szukało oszczędności, a Caritas zysków. Zaproponował więc takie warunki finansowe, że się powiatowi opłaciło - dodaje.

Od tej pory starostwo płaci Caritasowi około 2,5 tysiąca złotych miesięcznie na utrzymanie każdego dziecka, a Caritas przejmuje całą odpowiedzialność za utrzymanie i wychowanie dzieci. Najważniejszą osobą w sierocińcu staje się wtedy Marek W., wówczas trzydziestoośmioletni powiatowy koordynator Caritasu, prawa ręka księdza Kruczyńskiego i radny miejski. To on, po przejęciu domu dziecka, wprowadza program drakońskich oszczędności.

Pensje wychowawców obniża do najniższej krajowej i likwiduje kartę nauczyciela. Dzięki temu pracują oni dwa razy więcej (zamiast 20 godzin tygodniowo - 40), zarabiając najmniej jak można. A że kadra się kurczy, ci, którzy zostają, mają coraz więcej dodatkowych obowiązków. W wolnym czasie powinni chodzić z wychowankami do lekarza, psychologa, dentysty. Mają też gotować obiady, bo choć w sierocińcu jest kuchnia, to z oszczędności nie zatrudnia się kucharek. Posiłki przygotowują dzieciom wychowawcy.

- Praca jest ciężka, pieniądze marne, więc kto może stamtąd ucieka - opowiada X. - Jest duży nacisk na oszczędności, bo jak mówi dyrektor, firma musi zarabiać. Ale pieniądze gdzieś wyciekają i na utrzymanie dzieci jest coraz mniej.

Wstrzymane są zakupy odzieży. Dzieci więc chodzą w ciuchach z odzysku, z darów, używanych, starych, poniszczonych. Brakuje zimowych kurtek i czapek - więc chodzą bez nich.

Nie mogą uczestniczyć w zajęciach pozalekcyjnych, jeśli są one nawet minimalnie płatne. A jak się upierają, dyrektor zarządza w tym czasie sprzątanie.

Brakuje wszystkiego: papieru toaletowego, płynu do mycia naczyń, proszków, szamponu, lekarstw. Panuje wszawica, ale dyrektor nie godzi się na kupno środków odwszawiających.

- Stosowane są tylko takie, które pochodzą z darów Caritasu - mówi wychowawczyni D. - Są tanie, ale nieskuteczne. Od ich używania robią się dzieciom rany na głowie. Gdy smaruję im głowy płaczą i krzyczą. Bo te darmowe środki są na spirytusie, więc bardzo pieką.

Oszczędza się też na jedzeniu. Stawka żywieniowa przypadająca na jedno dziecko zostaje zmniejszona do 1 zł na śniadanie. Tyle samo na kolację. Jeśli wychowawca ma dziesięcioosobową grupę, to dostaje dziesięć złotych do ręki, ma pójść do Biedronki, zrobić zakupy i nakarmić dzieci.

- Jak wyżywić dziecko za złotówkę? - pytam X.

- Bułką z jogurtem - odpowiada X. - Dla chłopców szesnasto- , siedemnastoletnich to trochę mało, więc są głodni, ale mogą dojeść w czasie obiadu. Z obiadem jest łatwiej, bo jest aż siedem pięćdziesiąt na głowę. Gotujemy dzieciom szczawiową, czy ogórkową, to są tanie zupy. A na drugie - zapiekanka z darmowego caritasowego makaronu do którego wkraja się kiełbasę i ser. Makaron jest bez ograniczeń. Można jakoś przeżyć.

Wychowawczyni D. interweniuje w Powiatowym Centrum Pomocy Rodzinie. Pyta dyrektora Zbigniewa Piestrzyńskiego, dlaczego nikt nie kontroluje placówki?

- Chyba dzieci nie mają tak źle, skoro leczone są u najdroższego dentysty w Giżycku - odpowiada szef PCPR.

Wychowawczyni D.: Nic mi o tym nie było wiadomo, bo nasze dzieci leczyły zęby za darmo, w przychodni, a nie prywatnie, bo nas na to stać nie było.

X. skarży się na głodujące dzieci szefowej powiatowej komisji do spraw pomocy społecznej.

- Wszystkie kontrole, jeśli w ogóle do nich dochodziło, wypadały jednak fantastycznie - mówi X. - Nikomu nie przeszkadzało, że dzieci nie mają co jeść, że racje żywnościowe są minimalne, że pieniądze gdzieś się ulatniają.

Wychowawczynie wysyłają oficjalną skargę do powiatu, informując, że w Wielkim Sercu dzieje się źle. - Nic to nie daje - opowiada D. Jedyny efekt to zebranie kadry, które zwołuje dyrektor W. Odczytuje na nim nazwiska donosicielek, które szkalują dobre imię domu św. Faustyny. - Powtarza nam, że mamy gówno do gadania i że jak nas zwolni, to nigdzie nie znajdziemy w Giżycku pracy - mówi D.

Wychowawczyni X. dodaje: - Byłyśmy sterroryzowane. Bałyśmy się utraty pracy. Chciałyśmy przetrwać.

Cyrk i małpy

W sądowych aktach często pojawia się nazwisko pani P. Dzieci i rodzice wypowiadają jej imię zdrobniale. Mówią, że jest najlepsza: sympatyczna, nikogo nie wyzywa, lubi wychowanków.

- To był jeden z zarzutów, że rozmawiam z dzieciakami, czyli się z nimi spoufalam - opowiada P., która teraz pracuje w jednej z giżyckich szkół.

Opowiada o niespotykanym rygorze, który rozpoczął się z chwilą przejęcia sierocińca przez ełcki Caritas. Dyrektor zabraniał nosić zbyt krótkie włosy wychowankom, wyznaczając dopuszczalną długość na 12 milimetrów. Nie wolno było mieć telefonów komórkowych, ani dzwonić do rodziców. Na wszystko potrzebne było specjalne zezwolenie od dyrektora. A za złamanie regulaminów dotkliwie karano.

- Panuje zasada odpowiedzialności zbiorowej - opowiada P. - Kiedy ktoś coś przeskrobie, karana jest cała grupa. Kar jest dużo i są niewspółmierne do czynów.

Jeden z wychowanków po dokonaniu w mieście rozboju ma półroczny zakaz samodzielnego opuszczania domu dziecka. Może tylko wychodzić do szkoły. I nigdzie więcej. Wytrzymuje dwa miesiące, potem ucieka.

Inny dostaje półroczny zakaz widzeń z rodziną.

Januszowi W. dyrektor oznajmia, że zostanie karnie odesłany do zakładu poprawczego. Każe mu się spakować i czekać w pokoju socjalnym na decyzję sądu.

Wychowawczyni P. - Chłopak siedzi tam zamknięty przez tydzień. Ma tam tylko biurko i łóżko. Nie chodzi nawet do szkoły. Zamartwia się. W końcu dyrektor wypuszcza go i mówi, że zmienił zdanie.

Za karę można zostać pozbawionym spodni lub bluzy, widzeń z rodziną, wyjść na miasto. Mnożą się wiec ucieczki. Dzieci notorycznie wagarują.

Marek W. chce dowiedzieć się, dlaczego tak się dzieje? Prosi, by całą korespondencję do wychowanków najpierw kierować do niego. - Od tej pory otwiera ich listy, czyta, a nawet publicznie komentuje - mówi P. - Jeden z wychowanków napisał w liście do brata, by ten pozdrowił panią Anię. Wychowawczyni od razu jest wezwana na rozmowę dyscyplinującą, robi się jej wyrzuty i straszy.

- Cały paradoks polegał na tym - tłumaczy P. - że te dzieciaki są sierotami społecznymi. Trafiły do Giżycka, by mieć stały kontakt z rodzicami, którzy tu mieszkają. Ale nie miały, bo dyrektor reglamentował te spotkania.

Żadne argumenty go nie przekonywały:

- Mój cyrk, moje małpy - odpowiada nauczycielkom.

Dzieciom natomiast powtarza: "Wasi rodzice to patologia. Nie nadają się do wychowywania, ale macie szczęście, że trafiliście do mnie. Ja was naprawię".

P. mówi, że w czasie rozmów wychowawczych wartość dzieci była umniejszana, stały na straconej pozycji. Były złe, niedobre, z patologicznych rodzin. Wychodziły z tych rozmów jeszcze bardziej zdołowane.

Krystian W. skarżył się wychowawcom, że dyrektor go prześladuje, że mu ubliża.

- Byłam świadkiem - kontynuuje P. - sceny przed domem, kiedy dyrektor zarzucał Krystianowi kradzież, a chłopiec zaprzeczał, twierdząc, że to nie on. Krzyczał na chłopaka, obrażał, ubliżał. Zamiast go wyciszyć, atakował, prowokował do kłótni, po czym na koniec powiedział, że poda go do sądu.

Zdarzało się, że po takiej prowokującej rozmowie Krystian musiał się wyżyć. Kiedyś uderzył pięścią w gipsową ścianę i zrobiła się dziura. Dyrektor zadzwonił po policję. Policjanci mierzyli tę dziurę i fotografowali, a Krystian w końcu musiał zapłacić za remont z kieszonkowego.

Któregoś dnia wychowawczyni B. opowiedziała P., co zobaczyła przez okno na klatce schodowej. Przed budynek domu dziecka podjechał policyjny radiowóz, z którego wysiadł przywieziony z ucieczki Damian G. Do chłopca podszedł dyrektor i chwycił od tyłu za kaptur. Prowadząc go przed sobą w kierunku wejścia, zaczął go kopać.

- Byłam tym zszokowana - opowiada wychowawczyni B.

O przemocy panującej w domu dziecka B. dowiedziała się od Daniela C.

- Bardzo bał się rozmów z panem dyrektorem - opowiada B. - Gdy zapytałam dlaczego, chłopiec odpowiedział, że pan dyrektor na pewno złapie go za gardło i będzie dusił.

- Bo tak już robił wcześniej - dodał chłopiec.

Z akt sprawy

O biciu, poniżaniu, zastraszeniu, wyszydzaniu, gnębieniu, znęcaniu się, przemocy opowiadają prokuratorowi wychowankowie domu "Wielkiego serca":

Paweł S.: "Dyrektor zawsze grozi, zawsze wyzywa. "Ty skurwysynu, o której się wraca" - mówi. Wyzywa od kurew. Mówi, że jak trafię do innego ośrodka, to będą mnie w dupę cwelili".

S. opowiada też, jak dyrektor bił jego brata: krzyczał na niego, kopał, bił rękoma po głowie.

Dawid W.: "Pan Marek zabraniał nam się ścinać na dwie długości, a tylko tak, jak on chce. Damian G. ściął się nieregulaminowo i jak zobaczył to pan Marek, złapał go za kaptur i zrzucił z półpiętra. Damian wylądował pod drzwiami. Jak wstał, to pan Marek znowu go zrzucił ze schodów i kazał dla pana Krzyśka [wychowawca Krzysztof G.] ściąć go na łyso".

Elżbieta G. (matka 13 letniego Damiana G.): "Z tego, co wiem, dyrektor uderzył syna w twarz. Syn opowiadał, że brał ich na osobności i wtedy tłukł, rzucał ich wtedy na ścianę".

Daniel S.: "Po wizycie pana Marka nie byłem u lekarza, nie miałem obrażeń. Jak wychodziłem od niego, nic mnie nie bolało. Pan dyrektor chce wszystkich wywieźć do poprawczaka, bo wszyscy są niegrzeczni. Tylko Bartek jest grzeczny, ale on ma 4 lata".

Daniel C.: "Kiedyś z chłopakami chcieliśmy przemeblować pokój. Pan dyrektor wszedł do pokoju i mu się nie podobało, więc wyjął deskę z łóżka i mnie uderzył w plecy. Potem była rozmowa indywidualna. Brał zawsze na nią bez świadków, rano. Łapał za ubranie, przyciskał do ściany i krzyczał "kurwo". Ciągle straszył nas więzieniem. Tak się zachowywał, gdy ktoś coś robił bez jego wiedzy".

Gdy kogoś brał do gabinetu, wszyscy musieli opuścić piętro i zejść na dół. Później mówili co się tam działo: szarpanie, ubliżanie, kopanie, wykręcanie rąk. Kazał o tym chłopakom nie mówić. - Bez świadków nic mi nie zrobicie. Nikt wam nie uwierzy - powtarzał.

Krystian W.: "Wobec mnie dyrektor nigdy nie stosował przemocy fizycznej. Straszył tylko, że mnie pobije albo że wyśle do kryminału, oskarżając o kradzieże, których nie dokonałem. Obrażał mnie i moją rodzinę. Mówił: "ty kurwo, ty pedale".

Siostra Samuela: "Wyzywał mnie od alfonsów i idiotów".

Zeznania mieszkającej w Anglii Elżbiety W., matki trojga dzieci przebywających w domu Wielkie Serce. Walczy ona o odzyskanie praw rodzicielskich i chce zabrać dzieci z sobą za granicę: "Po pierwszym spotkaniu z dziećmi wezwał mnie do siebie dyrektor. Powiedział, że za to, że odwiedziłam dzieci bez jego zgody, zostanie ukarany wychowawca, który na to pozwolił. A jak będę robić problemy, to nie pozwoli na dalsze odwiedziny i nie odzyskam ich. Tego dnia nie zgodził się na widzenie, a następnego dnia pozwolił się spotkać tylko przez godzinę. Dzieci płakały, bo nie mogły zrozumieć, dlaczego przyjeżdżam do Polski i tak mało czasu im poświęcam. Boję się zeznawać przeciwko dyrektorowi, bo on może pozwolić na widzenia z dziećmi".

Elżbieta W. pisze do prokuratury skargę na Marka W.: "Dzieci boją się tego pana i boją powiedzieć się cokolwiek. Wiem, że w tym domu jest bezprawie, a ten pan czuje się Bogiem. Proszę pomóc dzieciom. Nie tylko moim".

Dzieci były krzywdzone

To dzięki Piotrowi L. sprawa domu św. Faustyny trafiła do prokuratury. L. jest ojcem trzech córek, który wyjechał za granicę w poszukiwaniu pracy, pozostawiając dzieci pod opieką żony. Ich matka zaczęła wtedy pić, zaniedbując dziewczynki i w lutym 2009 roku trafiły one do sierocińca. W maju 2010 roku, gdy ojciec wrócił z zagranicy, opowiedziały mu o dyrektorze Marku W. Wtedy Piotr L. złożył doniesienie do prokuratury w sprawie fizycznego i psychicznego znęcania się nad jego córkami.

Rozpoczyna się śledztwo. Przesłuchiwani są wychowankowie i personel. W trakcie śledztwa trzy pedagożki ze świętej Faustyny piszą do prokuratury, że dzieci w Wielkim Sercu są głodzone, a pieniądze gdzieś giną.

Zwracają uwagę, że dyrektor, który wciąż pełni swą funkcję, obdarowuje niektórych podopiecznych prezentami. Przypuszczają, że może to być nagroda za treść złożonych zeznań. Jednocześnie odbiera wiarygodność innym świadkom, pisząc jako dyrektor placówki o nich nieprawdziwe i jak najgorsze opinie.

Prośby o pomoc i zainteresowanie się sprawą wychowankowie Wielkiego Serca wysyłają do warszawskich mediów. "Doświadczamy przemocy pod względem fizycznym i psychicznym, gdyż dyrektor często znęca się nad wychowankami, jak i wychowawcami. Dzieje się tak, gdy ma zły humor lub coś mu się nie uda" - piszą.

Skarżą się, że choć prokuratura prowadzi śledztwo przeciwko dyrektorowi, to nie został on nawet zawieszony i wciąż ma ogromną władzę.

Dzieci poddawane są presji. Do prokurator Urszuli Bolik zgłasza się kuratorka wychowanka świętej Faustyny Pawła S., by przekazać informację, że dyrektor Marek W. straszył jej podopiecznego. (Mówił, że powyrywa mu nogi z dupy za skargi, które składał na niego Powiatowym Centrum Pomocy Rodzinie).

- Z obawy przed dyrektorem, którego się boi, uciekł z domu dziecka - informuje kuratorka.

Jeszcze przed zakończeniem śledztwa zjawia się w giżyckiej prokuraturze dyrektor diecezjalnego Caritasu ks. Dariusz Kruczyński. Prosi prokuratora Grzegorza Ryńskiego, by nie rozgłaszać medialnie sprawy. - Dzieci mają tendencję do wyolbrzymiania - tłumaczy ksiądz.

W grudniu 2010 prokuratura wysyła akt oskarżenia do sądu. Marek W. zostaje oskarżony o psychiczne i fizyczne znęcanie się nad wychowankami domu świętej Faustyny, m.in: Danielem C. Michałem Ł, Mateuszem M. Damianem G. Danielem S. Mariką L., Krystianem W., Grzegorzem Ł., Januszem W.

Prokurator w akcie oskarżenia szczegółowo wyliczył wszystkie przewinienia dyrektora sierocińca: poniża, wyszydza, zastrasza, krzyczy, grozi biciem, utrudnia kontakty z rodzicami, szarpie, bije, zrzuca ze schodów, kopie.

"Dzieci były w domu dziecka krzywdzone bardziej niż w rodzinnych domach. Traciły motywację i zaufanie" - napisał prokurator.

Zanotował też, że Marek W. nie przyznaje się do winy.

- Sąd zmienił kwalifikację czynu i od razu postępowanie umorzył, ponieważ nie mógł nad nim procedować ani w zakresie kary, ani w zakresie winy z powodu upływu czasu. Koniec. Kropka - tłumaczy teraz Marek W.

- Mieliśmy nadzieję, że teraz starostwo powiatowe odbierze dom Caritasowi, wszystko wróci do normy i będzie po ludzku - opowiada wychowawczyni P.

Obecnym dyrektorem Wielkiego Serca jest Bernadeta Wojtuń. "Wobec treści zadanych przez Pana pytań i próby nadania im niewłaściwego kontekstu, czuję się zwolniony z obowiązku prowadzenia z Panem jakiejkolwiek korespondencji i objaśniania Panu rzeczywistego obrazu spraw" – napisał Szymon Owedyk z Caritasu z Diecezji Ełckiej, zapytany o komentarz do sprawy.

Część 2.
http://wiadomosci.wp.pl/kat,142078,title...omosc.html

Zły dom świętej Faustyny. Zamiatanie sprawy pod dywan

Pięć lat temu prokuratura oskarżyła Marka W., dyrektora sierocińca prowadzonego przez Caritas, o znęcanie się nad wychowankami. Bił ich, straszył więzieniem, ubliżał. Sąd uznał, że przestępstwa się przedawniły, więc nie ukarał dyrektora. - Ten temat jest dla mnie zamknięty - mówi dziś Marek W. A dla jego ofiar?

Proces Marka W., oskarżonego o znęcanie się nad wychowankami domu świętej Faustyny, rozpoczął się w marcu 2011 roku. Oskarżony nie przyznał się do winy. Twierdził, że cały akt oskarżenia to pomówienia i niesłuszne oskarżenia. Zaprzeczył, żeby kiedykolwiek kogoś uderzył, poniżył, straszył biciem, wywiezieniem do poprawczaka, uraził wulgarnym słowem, gestem czy krzykiem.

- Głos mam donośny i to jest powszechnie znane - wyjaśnił sądowi. Podkreślał z jakimi "wykolejeńcami" musiał pracować w świętej Faustynie. Mówił, że dzieci używały alkoholu, narkotyków, dokonywały rozbojów, kradzieży, leniły się, przeklinały, źle zachowywały się wobec wychowawców, obrażały ich i stosowały przemoc.

Zupełnie co innego zeznawały wychowawczynie ze świętej Faustyny. Mówiły o poniżaniu dzieci przez dyrektora, braku pieniędzy i ogólnych zaniedbaniach.

Pedagog Sz. opowiadała, że napisana przez nią opinia o dzieciach trafiała zawsze na biurko dyrektora. Ten nanosił swoje poprawki, wykreślając wszystko to, co było dobrego napisane o wychowankach. Z opinii o Dawidzie W. dyrektor wykreślił informacje, że jest schludnym, czystym, porządnym chłopcem, który systematycznie uczęszcza do szkoły. Dopisał natomiast, że dzieci czują się przez W. zastraszane.

Zeznania wychowawczyni Danuty B.: - Kiedyś Tomek M. i Paweł S. pobili dotkliwie w łazience Daniela S. Poszłam z nimi do dyrektora, by ich ukarał. Pan dyrektor powiedział chłopcom, że dobrze zrobili i żadnej kary nie było.

Danuta B. potwierdziła w sądzie fakt kopania przez Marka W. wychowanka Damiana G. Pytany o ten incydent Damian G. początkowo zaprzeczał i dopiero, gdy doszło do konfrontacji, przyznał, że tak jednak było. - Nie mówiłem o tym, bo chciałem wcześniej skończyć - odpowiedział G.

Dzieci przed sądem łagodzą zeznania ze śledztwa, zasłaniają się niepamięcią albo ich nie potwierdzają. Nie potrafią wskazać dokładnej daty bicia, dodatkowych okoliczności i świadków. Powtarzają tylko, że bicie odbywało się na osobności.

Z dwunastu zarzutów bezsporne dla sądu pozostają tylko trzy przypadki: lżenie Krystiana W., kopanie Damiana G.oraz bicie po głowie Daniela S. Wyrok zapada w listopadzie 2012. Sąd odstępuje od ukarania Marka W. Dlaczego? Bo w trakcie procesu zmienia się kwalifikacja czynu.

Prokuratura domagała się kary za znęcanie się psychiczne i fizyczne nad wychowankami (grozi za to do 5 lat więzienia). Sąd uznaje czyny dyrektora za przestępstwa przeciwko czci i nietykalności cielesnej. Są to przestępstwa lżejsze, zagrożone karą grzywny i ewentualnie ograniczeniem wolności do roku. A na dodatek z chwilą ogłaszania wyroku wszystkie się już przedawniły. Dzięki temu Marek W. uniknął kary.

- Bardzo dziwna sprawa - mówi prokurator, której pokazałem wyrok. - Prokurator powinien się od tego odwołać. Sąd przyjął błędną kwalifikację czynu. To powinna być podstawa apelacji - mówi prokurator.

Ale giżycka prokuratura od wyroku się nie odwołała. - Uznaliśmy, że szanse powodzenia skutecznej apelacji są znikome - mówi prokurator Maciej Prokop.

Trzeba było siedzieć cicho

- Dlaczego nie wszystkie dzieci potwierdziły w sądzie, co je spotkało w świętej Faustynie? - pytam byłą wychowawczynię D. - Słyszałam o jakichś pieniądzach i nowych butach, które dzieci dostawały, za to, że wszystkiego nie będą mówiły - opowiada D. - Nie mam pojęcia, jak to się stało, że ta sprawa rozeszła się po kościach. Widać, że w tym kraju wszystko jest możliwe. Po tym procesie przestałam wierzyć w sprawiedliwość - dodaje.

Zanim jeszcze skończył się proces, Caritas rozprawił się z niepokornymi wychowawczyniami. D. i jej koleżanki, które zeznawały w sądzie o nieludzkim traktowaniu wychowanków w świętej Faustynie zostały zwolnione z pracy albo przymuszone do odejścia.

- Teraz wiem, że to nie miało sensu i trzeba było siedzieć cicho - mówi dziś D. - Po tym wszystkim nie mogłam znaleźć pracy i zdałam sobie sprawę, że jestem na jakiejś czarnej liście. Gdzie się tylko pojawiłam już o mnie wiedzieli: "To ta, która wystąpiła przeciwko diecezji i Caritasowi".

Pierwsza jednak wyleciała z sierocińca uwielbiana przez dzieci pani P. A pisząc precyzyjniej, została do odejścia przymuszona. - Odchodziłam stamtąd bez żalu, bo i tak dłużej tam bym nie wytrzymała. Po tych kłamstwach, kręceniu, wciskaniu głupot, mataczeniu, mówiłyśmy sobie: to nie dzieje się naprawdę.

Plotka głosiła, że nieprawidłowościami w sierocińcu zainteresował się nawet biskup ełcki. - Jeśli nawet tak było, to żadnej interwencji z jego strony nie było - mówi P. - Tę sprawę zamieciono pod dywan i nikt nie próbował jej wyjaśnić - dodaje.

Kwestię głodowych racji żywnościowych i nieprawidłowego wykorzystywania powiatowych dotacji badała jeszcze prokuratura okręgowa z Olsztyna. Pod koniec 2012 roku umorzyła jednak śledztwo. Nie dopatrzyła się przestępstwa. "W toku prowadzonego śledztwa zebrane dowody nie pozwalają na kategoryczne stwierdzenie, iż władze oraz pracownicy Caritas Diecezji Ełckiej i domu św. Faustyny celowo i w sposób przemyślany podejmowali nieuczciwe praktyki zmierzające do uzyskania i zatrzymania przyznanej dotacji" - napisał prokurator Cezary Fiertek z prokuratury okręgowej.

Pani P. próbowała złożyć zażalenie na tę decyzję, ale została poinformowana, że nie jest stroną w sprawie. Takie działania mógłby podjąć pokrzywdzony, czyli Starostwo Powiatowe, które przekazywało pieniądze na działalność sierocińca. Ale stamtąd żadnych zastrzeżeń nie zgłaszano.

W prokuraturze w Giżycku jest jeszcze jedno niezakończone śledztwo, dotyczące domu świętej Faustyny. Chodzi o fizyczne i psychiczne znęcanie się wychowawcy Krzysztofa G. nad dwojgiem małoletnich wychowanków. Jedną z nich jest Martyna W., które została doprowadzona przez Krzysztofa G. do takiego stanu, że targnęła się na własne życie.

Od czterech lat śledztwo w tej sprawie jest zawieszone. Matka zabrała Martynę W. z sierocińca i wywiozła za granicę, dlatego prokurator nie mógł dziewczynki przesłuchać. Oficjalnie dlatego, że nie wiedział, gdzie ona jest. Znalazłem numer telefonu do matki Martyny W. Obie mieszkają dziś w Anglii.

- Tam było jak w obozie koncentracyjnym - mówi do słuchawki Martyna. - Jak wybuchła epidemia świerzbu, to nas wszystkich zapędzili do jednego pokoju, kazali się rozebrać do naga, dali maść i musieliśmy się nią nawzajem smarować. Żadnej intymności. A kto się sprzeciwił, były kary.

Najgorszy był pan G. - dodaje dziewczynka. - Robił nam musztrę jakby to było wojsko. On dzieci doprowadzał do takich nerwów, że schodziły na złą drogę, a potem karnie odsyłali ich do poprawczaków.

Tam też, zdaniem dziewczynki, wylądowali wszyscy wychowankowie, którzy odważyli się zeznawać w sądzie przeciwko dyrektorowi W.

Czy to prawda, próbowałem się dowiedzieć w sekretariacie domu świętej Faustyny. Powiedziano mi, że sierociniec takimi danymi nie dysponuje.

Wychowawczyni P. poradziła, bym poszedł do mieszkań socjalnych przy ulicy Wilanowskiej i próbował odszukać dawnych wychowanków świętej Faustyny.

Bił, bo nie lubił irokezów

Bloki przy Wilanowskiej miejscowi nazywają slumsami. Zakratowane okna, połamane poręcze, schody, liszaje odpadającego tynku, niemalowane od pół wieku klatki schodowe. Mieszkają tu ci, którym w życiu się nie udało, bezrobotni, alkoholicy, byli więźniowie. Stąd właśnie pochodzi gros dzieci, trafiających do giżyckiego sierocińca. Państwo odbiera je rodzicom, by je zresocjalizować. Bezsens ten operacji polega na tym, że gdy osiągają pełnoletność wracają w to samo środowisko.

Tak jak Paweł S., były pensjonariusz świętej Faustyny, który siedzi teraz w kucki przed klatką schodową, paląc papierosa za papierosem. Pamięta, że na niego nigdy dyrektor W. nie podniósł ręki. - Wyzywał tylko od idiotów - wspomina. - Bił za to mojego brata. Nie raz widziałem siniaki na jego ciele - dodaje.

- Dlaczego bił? - zastanawia się S. - Bo nie lubił irokezów na głowach. On się na to nie zgadzał. Po prostu, tak sobie wymyślił, że źle wyglądamy. I za to bił - mówi.

S. prowadzi mnie klatkę dalej do Rafała Z.,osiemnastolatka z wadą wymowy. Spędza on popołudnie, bujając się na drewnianych poręczach klatki schodowej. Z. opowiada o głodowych racjach żywnościowych. - Zakupy robili jak Sanepid miał przyjechać na kontrolę - wspomina. - Pakowali wtedy jedzenie do lodówek, że niby są u nas pełne szafki, a jak odjeżdżali, to wszystko chowali przed nami. Niby, że jest pełno i bogato, a naprawdę jedzenie nam wydzielali - dodaje.

Rafał Z. mówi, że dość łatwo było poznać, kiedy pan dyrektor szykował się do bicia. Kazał wtedy księgowym opuścić sąsiedni gabinet, by w ten sposób pozbyć się świadków. Bo bicie było zawsze w miejscach ustronnych. - Zamykał drzwi i bił otwartą ręką, tak, by nie pozostawiać śladów. A jak płakaliśmy albo byliśmy czerwoni na twarzy, to kazał nam tak długo siedzieć w swoim gabinecie, aż nic nie będzie już widać.

- Nie mogliście się komuś poskarżyć? - pytam.

- To był przecież nasz dyrektor - dziwi się Z. - Kto by mu co udowodnił?

W niewłaściwym kontekście

Jak to możliwe, że dyrekcja ełckiego Caritasu przez lata nie wiedziała, co dzieje się w sierocińcu? Czy po wszczęciu śledztwa próbowała na własną rękę wyjaśniać, co się tam działo? I co zmieniło się po zakończeniu sprawy? Czy wprowadzono jakieś mechanizmy ochrony dzieci przed przemocą dorosłych?

Te pytania wysłałem do ełckiego Caritasu.

"Wobec treści zadanych przez Pana pytań i próby nadania im niewłaściwego kontekstu, czuję się zwolniony z obowiązku prowadzenia z Panem jakiejkolwiek korespondencji i objaśniania Panu rzeczywistego obrazu spraw" - odpisał Szymon Owedyk, wicedyrektor ełckiego Caritasu. "Gdyby zdawał Pan sobie sprawę z trudów wychowania dzieci, przebywających w placówce - podopiecznych, tak bardzo już doświadczonych przez los, los zgotowany przez ich najbliższych, to wiedziałby Pan doskonale, że do tematów już zamkniętych i wyprostowanych nie warto powracać, choćby z pedagogicznych powodów" - dodał.

"Sugerowanie jakoby w przeszłości lub w chwili obecnej dochodziło w sierocińcu do bicia lub poniżania dzieci jest pomówieniem" - pisze dyrektor Owedyk. "Jeśli będzie Pan w dalszym ciągu rozpowszechniał tę nieprawdę, sprawa zostanie skierowana na drogę prawną" - postraszył.

W sprawiedliwość nie wierzę

W lokalnych gazetach o 46-letnim Marku W. można przeczytać, że jest społecznikiem. Był pełnomocnikiem Caritasu do spraw budowy hospicjum w Giżycku, radnym, wiceprzewodniczącym rady miejskiej. Dziś jest głównie nauczycielem. Odnalazłem go w jednej z giżyckich szkół. Przez telefon powiedział, że chętnie się ze mną spotka, gdy tylko będę w Giżycku, bo chciałby wszystko na spokojnie wyjaśnić. Sugeruje, że był to jakiś spisek przeciwko niemu. Mówi, że prokuratura wymuszała obciążające go zeznania, strasząc wychowanków torturami. Twierdzi, że z pracy w sierocińcu sam zrezygnował, bo miał wszystkiego dość.

Gdy kilka dni później przyjeżdżam do Giżycka, Marek W. zmienia zdanie. Mówi, że skonsultował się z prawnikiem, który odradził mu spotkanie ze mną.

Przez telefon zapewnia, że jest niewinny. - Sąd zmienił kwalifikację czynu i od razu postępowanie przeciwko mnie umorzył - mówi. - Ponieważ nie mógł procedować ani w zakresie kary, ani w zakresie winy, z powodu upływu czasu. Ten temat dla mnie jest zamknięty - dodaje.

Po umorzeniu sprawy przez sąd, W. zażądał, by Skarb Państwa zwrócił mu koszty wynajęcia adwokata. Dwa lata temu sąd okręgowy przyznał mu rację, zasądzając prawie 27 tys. zł tytułem zwrotu kosztów zastępstwa prawnego.

Pytam Pawła S., siedzącego w kucki przed klatką schodową przy Wilanowskiej, czy słyszał o wypłaconym dyrektorowi W. odszkodowaniu. Wzrusza ramionami. - Ja tam w sprawiedliwość nie wierzę - odpowiada.

=======================================================================
W podsumowaniu w/w tekstu pragnę przytoczyć kilka myśli Janusza Korczaka...

Jeśli chcesz być dozorcą, możesz nie robić nic. Wychowawca, który nie chce mieć przykrych niespodzianek, nie chce ponosić odpowiedzialności za to, co się stać może ― jest tyranem dzieci.

Wszystko, co osiągnięte tresurą, naciskiem, przemocą - jest nietrwałe, niepewne, zawodne.

Dziecko ma prawo do poważnego traktowania jego spraw, do sprawiedliwego ich rozważania.

Bez szczęśliwego dzieciństwa całe życie jest kalekie.

Dziecko jest pergaminem szczelnie zapisanym drobnymi hieroglifami, których część tylko zdołasz odczytać, a niektóre potrafisz wytrzeć lub tylko zakreślić i własną wypełnić treścią.



Pozdr. Miecz.S-K
mailto: mieczyslaw.soroka.korczyc@gmail.com
gg: 230220
"Jeśli przechodzisz przez piekło, nie zatrzymuj się!" – Winston Churchill
Koszulki reklama
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 12-11-2015 20:41 przez Miecz.S-K.)
Znajdź Cytuj
Miecz.S-K

Przyjaciel nie do ruszenia
***
Liczba postów: 94
Dołączył: 01-11-2011
Reputacja: 1
Post: #2
23-04-2016 18:05
Specjalne podziękowanie oraz wyrazy sympatii, za wyrażenie mi zgody na publikację w tym miejscu całości tekstu - dla autorki tego reportażu
- Pani Izy Michalewicz.

===================================================================
Źródło:
http://wyborcza.pl/duzyformat/1,151493,1...cka-w.html
===================================================================
Dom zły Caritasu.
Reportaż Izy Michalewicz o domu dziecka w Giżycku

Dyrektor sierocińca w Giżycku wyzywał, bił i poniżał dzieci. Uniknął kary, bo sprawa się przedawniła. Dziś uczy w szkole muzyki i religii.
Daniel, 13 lat, wychowanek Domu Dziecka św. Faustyny "Wielkie Serce" w Giżycku (do prokuratora):

- Dlaczego wyszedłem zapłakany z gabinetu dyrektora, to nie będę mówił. Ktoś mi krzywdę zrobił w tym gabinecie. To było w weekend. Pan Marek W. czasami przyjeżdżał w weekend do domu dziecka, żeby rybki nakarmić.

Dawid, 17 lat: - Wchodząc do grupy, słyszałem, jak pan Marek krzyczał na Mateusza. Mateusz coś mu odpyskował, a ten uderzył go w twarz
z plaskacza. Mateusz uciekł do pokoju, a pan W. poszedł za nim. Powiedział, cytuję: "Uważaj, gówniarzu, ja jestem nieobliczalny, a broń wożę
w bagażniku".

Paweł (brat Daniela), 15 lat: - Wobec starszych nie używał siły, bo bał się, że mu oddadzą. Mnie wyzywał od skurwysynów i straszył ośrodkami poprawczymi. Widziałem, jak uderzał ręką w tył głowy brata kilka razy, a brat stał pochylony i płakał. Uderzał go tak z boku. Innym razem widziałem, jak na niego krzyczał, a potem kopnął go kilka razy. On się tak zachowuje, jakby wszystko mógł. Pępkiem świata jest. Kiedyś mi mówił, że jest kimś, a ja dostanę wyrok. Nawet w internacie pokazywał mi, co mi zrobi, jak coś złego powiem na niego.

Nagranie z telefonu

Do Wydziału Rodzinnego i Nieletnich Sądu Rejonowego w Giżycku wpływa dość nieporadne, odręcznie napisane pismo Piotra L., ojca 13-letniej Mariki:

"W dniu 6.05.2010 roku dyrektor Marek W. wyzywał wulgarnymi słowami córkę i znęcał się fizycznie nad małoletnim dzieckiem. W placówce bardzo często dochodzi do takich sytuacji. Dyrektor znęca się nie tylko nad naszymi dziećmi, także nad innymi podopiecznymi z placówki. Proszę sądu, to są dzieci, które potrzebują miłości, wsparcia, a niektórzy tam są tak traktowani, jakby byli w jednostce karnej".

Marek W. to w tamtym czasie postać w miasteczku znana. Absolwent teologii i, podyplomowo, muzyki i plastyki jest przedstawicielem Caritasu Diecezji Ełckiej na powiat giżycki. Ma m.in. nadzór nad prowadzonymi przez Caritas świetlicą terapeutyczną, hospicjum i jadłodajnią pod patronatem ojca Pio. Poza tym jest też miejskim radnym, nauczycielem religii, muzyki, organistą i kierownikiem administracyjno-organizacyjnym tutejszego Domu Dziecka św. Faustyny "Wielkie Serce".

W 2006 roku Caritas przejął od miasta ten dom, a wraz z nim prawie 40 wychowanków. W większości sierot społecznych, odbieranych rodzicom
z powodu alkoholu, zaniedbania i biedy.
Marika, 13 lat: - Dyrektor wziął mnie za kurtkę i rzucił na krzesło. Wulgarne słowa czytał z notatki wychowawczyni (cytowała moje zachowanie). Niektóre słowa czytał z notatki, a niektóre gadał. Nie powinien się tak zachować wobec mnie.

Marika i jej trzy siostry trafią do domu dziecka, kiedy ich ojciec wyjedzie do pracy do Niemiec, a matka zacznie pić i zaniedbywać dom. Nadpobudliwa, wrażliwa, czasem wulgarna. Typ chłopczycy. Po jednej z ucieczek z placówki wróci z ogoloną głową. Nigdy nie zaakceptuje domu dziecka. Zachowanie dyrektora nagra telefonem komórkowym.

Ojciec Mariki: - Telefon przyniosła mi z płaczem starsza córka. Było słychać szarpaninę i krzyki. Poszedłem tego dnia na placówkę, ale dyrektor nie pozwolił mi na odwiedziny.

Z kolana w nos

Policja po doniesieniu ojca w maju 2010 roku rozpoczyna tak zwane postępowanie sprawdzające w sprawie fizycznego i psychicznego znęcania się Marka W. nad Mariką i pozostałymi wychowankami domu dziecka. Próbuje ustalić, czy dziewczynka i inni wychowankowie domu dziecka faktycznie stali się ofiarami przemocy. Postępowanie nadzoruje prokurator Urszula Bolik z Prokuratury Rejonowej w Giżycku, do której również trafia zawiadomienie ojca Mariki.

Przesłuchanie dzieci odbywa się w przyjaznym pokoju, w obecności psychologa:

Paweł, lat 15: - Normalnie od kurew wyzywa. Powiedział, że jak pojadę do ośrodka szkolno-wychowawczego, to będą mnie w dupę cwelili. Tak do każdego mówi. Straszył mnie, że mi to załatwi, bo zna pana Jaworowskiego (Marek Jaworowski - sędzia Sądu Rejonowego w Giżycku, przewodniczący Wydziału Rodzinnego i Nieletnich).

Daniel, lat 13: - Dyrektor wszystkich chciałby wywieźć na ośrodek, bo są niegrzeczni. Tylko Bartek jest grzeczny, ale on ma cztery lata.

Dawid, lat 17: - Daniel wrócił po czterech dniach ucieczki i poszedł do pana Marka na rozmowę do gabinetu. Wybiegł zapłakany, z napuchniętym nosem. Mówił, że pan Marek nachylił go do dołu i z kolana kopnął w głowę i w nos. A Damiana złapał za kaptur i zrzucił z półpiętra tak, że Damian spadł. Jak mnie wzywał do gabinetu, to mówił do mnie często: "Skurwysynu, chuju, pojedziesz do zakładu, a tam będą cię ruchać w dupę". Trochę się tego bałem, ale ratowała mnie szkoła. Miałem dobrą opinię ze szkoły i od kuratora.

Dyrektor czuje się Bogiem

W czerwcu policja wszczyna śledztwo w sprawie znęcania się Marka W. nad wychowankami. Zeznań dzieci (często bez opiekunów prawnych) przez kilka miesięcy słucha też przewodniczący II Wydziału Karnego Sądu Rejonowego w Giżycku, sędzia Bogdan Wałachowski, który będzie orzekał
w tej sprawie.

- Dzieci były już wtedy bardziej zestresowane - zapamiętała prokurator Urszula Bolik.

W listopadzie do prokuratury w Giżycku piszą dwie wychowawczynie i pedagog:

"Uprzejmie prosimy o przeprowadzenie postępowania w sprawie sposobu prowadzenia przez Marka W. Domu Dziecka św. Faustyny. Nie jesteśmy już pracownikami placówki, jednak z naszych obserwacji wynika, że na skutek działalności Marka W. występuje tam szereg nieprawidłowości, które przynoszą szkodę dzieciom".

Pedagog Paulina S. dostaje od dyrektora podanie, że sama się zwalnia. Podpisuje, bo jeśli nie, to dyrektor "znajdzie na nią haki i zapaskudzi jej świadectwo pracy".

Po latach powie: - Moją największą winą było to, że stanęłam w obronie dzieci.

Formalnie Marek W. przez kilka lat ma nad sobą dyrektora (w tamtym czasie przewija się ich czterech), bo, pamiętajmy, jest tylko kierownikiem administracyjno-organizacyjnym. Dopiero w 2009 roku zostaje dyrektorem domu dziecka.

Urszula Bolik, prokurator: - Wcześniej nie miał uprawnień do pracy z dziećmi, dlatego zrobił studia podyplomowe.

Danuta B., wychowawczyni, zeznaje w prokuraturze: - Pan W. wprowadził taki terror w Domu św. Faustyny, że nikt nie kwestionował jego władzy.

Marek T. (jeden z dyrektorów): - Nie wiem, czy W. miał prawo podejmować decyzje odnośnie wychowania dzieci. Zgodnie z przepisami prawa nie, ale karty jego obowiązków nie widziałem. Zdarzało się, że Marek W. pod moją nieobecność w placówce wydawał innym pracownikom polecenia sprzeczne z moimi. Zdarzało się, że prowadził rozmowy wychowawcze z dziećmi, podczas których straszył je różnymi konsekwencjami, np. zmniejszeniem kieszonkowego, wywiezieniem do poprawczaka. Robił to w mojej obecności, jak i poza. Zdarzało się, że Marek W. zamykał się
w pokoju z wychowankami. Świadkiem przemocy nie byłem, ale wiem, że dzieci się go bały.

Dawid, wychowanek: - Nie było nikogo podczas tych rozmów. Nie było osoby, która by to widziała. Byłoby więcej nagrań, ale zabronił posiadania telefonów komórkowych.
Elżbieta W., matka sześciorga dzieci (Janusz, Karol i Martyna w bidulu), pod koniec września 2010 roku wysyła list do prokuratora:

"To nie jest dom dziecka, tylko zamknięty zakład poprawczy. Nie ma przestrzeganych praw człowieka. Dzieci są traktowane poniżej godności. W tym domu jest po prostu bezprawie, a ten pan czuje się Bogiem. Znęca się nad dziećmi psychicznie. Proszę o zrobienie wszystkiego, by pomóc tym dzieciom".

Elżbieta W. od kilku lat mieszka w Anglii. Walczyła wówczas o odzyskanie dzieci.

- Kiedy w lipcu 2010 roku je odwiedziłam, dyrektor straszył mnie, że jak będę mu
robić problemy, to załatwi, że dzieci nie odzyskam. Tamtego dnia nie pozwolił mi ich zobaczyć. Następnego widziałam się z nimi przez godzinę. Mówiły mi, że boją się dyrektora i boją się zeznawać przeciwko niemu.

Bo prokuratura w czasie policyjnego śledztwa, które trwa od czerwca, nie zawiesza Marka W. w pełnieniu obowiązków dyrektora domu dziecka.

- Nie mieliśmy do tego podstaw - tłumaczy szef prokuratury Grzegorz Ryński.

Prokuratura robi to dopiero 8 grudnia i rozpoczyna własne dochodzenie, a akt oskarżenia mówiący o znęcaniu się fizycznym i psychicznym dyrektora nad jedenaściorgiem dzieci trafia do sądu 31 grudnia.
Do tego czasu Marek W. nie przerywa też pracy w szkołach. Wciąż ma wpływ na los dzieci.

Paulina S., pedagog, wspomina dzisiaj: - Kiedy dyrektor dowiedział się, że chłopcy zeznają w sądzie, zaczęli dostawać nagrody. Paweł dostał buty, a Kamil rower.

Czarna lista

Danuta B., wychowawczyni, zeznaje: - Pan W. nawet nie krył się z tym, że stosuje przemoc fizyczną wobec wychowanków. Widziałam, jak kopał Damiana na podwórku przed budynkiem. Daniela uderzył w twarz. Mówił do dziecka: "Co ty mi możesz zrobić, najwyżej bąka w kiblu puścić", a wychowawcy "mają gówno do powiedzenia". Pamiętam, jak rozmawiałam z Krystianem (czasami rozrabiał, ale to był dobry chłopiec), i on mi powiedział, że bierze tabletki na padaczkę, żeby się uspokoić. Że wówczas czuje się jak po alkoholu i zaczepki W. na niego nie działają. Ja z Krystianem nigdy nie miałam problemów. Wiem, że był na "czarnej liście" u W.

Kuratorka Ewelina Czuper-Sudnik: - Dyrektor powiedział mi, że Dawid, nad którym miałam nadzór, to diler, ćpun i kryminalista. Próbowałam go przekonać, by nie skreślał chłopca, ale był bardzo rygorystyczny. Nie potrafił zrozumieć dziecka, że trafiło tu z powodu błędów rodziców, a nie za karę. Zapoznałam się z opiniami domu dziecka na temat Dawida i nie ma w nich jednego dobrego słowa. Opinie pisane były tak, by przedstawić go w złym świetle.

Pedagog Paulina S.: - Starałam się zawsze pisać o dzieciach zarówno pozytywnie, jak i negatywnie. Ale dyrektor zabraniał mi wpisywania do notatek pozytywnych rzeczy. Wywierano na mnie wpływ, aby notatki zawierały tylko te złe informacje, żeby pozbyć się dzieci z placówki. Dyrektor sprawdzał notatkę, po czym wskazywał, co poprawić. Notatki nie były obiektywne. Po korekcie kazał podpisywać te notatki mnie lub wychowawcy. On sam niczego nie podpisywał. Żądał, by wszystko zgłaszać na policję.

Danuta B., wychowawczyni: - Któregoś razu nie wytrzymałam już nękania przez dyrektora i poprosiłam jedną z sióstr zakonnych, by skontaktowała mnie w tej sprawie z dyrektorem Caritasu, ks. Dariuszem Kruczyńskim, a ona na to: "Nie jestem w stanie ci pomóc, gdyż W. jest dobrym kolegą księdza z seminarium i zbyt duże pieniądze dla niego zarabia".
Bo W. kiedyś nosił sutannę. Dzisiaj jest mężem i ojcem.
Śniadanie za złotówkę

Sprawa karna przeciwko Markowi W. toczy się dwa lata. Akta urastają do 18 tomów. Dyrektor nie przyznaje się do winy. Do szefa Caritasu Diecezji Ełckiej ks. Dariusza Kruczyńskiego pisze, że wszystkie zarzuty dzieci i pracownic są nieprawdziwe i absurdalne: "Jest to pomówienie i przedstawienie mnie, placówki i osób współpracujących w negatywnym świetle".

Zawsze jest na sali sądowej. Broni go dwóch adwokatów. Dzieci zeznają podobnie, inne pamiętają mniej niż kiedyś. Niektóre już nie życzą dyrektorowi kary.

Daniel: - Nie chcę, aby sąd wyciągał wobec niego jakieś konsekwencje, jeśli chodzi o te trzy, cztery złe zachowania wobec mojej osoby. Nie chcę, aby karać za to oskarżonego. Nie będę nikomu uprzykrzał życia. Było i minęło.

Markowi T. (jednemu z dyrektorów placówki) zaczynają się mylić zależności służbowe:

"Na życzenie p. Marka organizowane były spotkania z wychowankami. Występował na nich jako osoba sprawująca nadzór ze strony Caritasu. Czasami miał sugestie, jak daną sprawę rozwiązać. Rozmowy wychowawcze prowadzone przez oskarżonego traktowałem normalnie. Uważałem, że skoro jest moim przełożonym, to tak musi być".
Przy okazji jednak na jaw wychodzi też przemoc ekonomiczna.

Dawid: - Nie wiem, czemu miałem kieszonkowe 8,25 złotych miesięcznie. Wychowawca wypisywał mi 30 zł, a kierownik skreślał i pisał 8.

Za 8 złotych dyrektor kazał też dziecku wyprawić urodziny. Wychowawcy kupili więc za własne pieniądze tort, reszta dzieci oddała na prezent swoje kieszonkowe.

Pedagog Paulina S. mówiła przed sądem: - Racje żywnościowe są żenująco niskie. Na jedno dziecko na śniadanie przypada złotówka dziennie, tyle samo na kolację [miasto przekazywało na utrzymanie jednego wychowanka miesięcznie 2,5 tys. zł]. Dzieci chodzą głodne.

Przykładowe śniadanie: paprykarz szczeciński, bułka z masłem i dżemem, herbata. Czasem zamiast paprykarza serek. Kolacja: jajecznica na oleju, chleb z masłem, kakao. Innego dnia zamiast jajecznicy smażona mortadela.

Matka jednego z wychowanków: - Tomek opowiadał, że mieli kiedyś dwa bochenki chleba na osiem osób na cały dzień. Boli mnie, że pod opieką państwa jest głodny i nie ma w co się ubrać.

Marek W. stawkę żywieniową tak tłumaczył w prokuraturze: - Wyliczone kwoty to ogólna wartość uzależniona od liczby dzieci w grupie. Nikt nie wskazywał, że dziecko ma dostawać 1 zł na śniadanie i 1 zł na kolację. Dzieci dostają mleko, masło, sery, płatki kukurydziane, müsli. W związku z tym, że nikt z dzieci ani wychowawców nie zgłaszał zarzutów, postanowiłem kontynuować taką formę żywienia.

Angelika J., matka dwojga wychowanków: - Kiedy spytałam dyrektora, co się dzieje, czemu głodne chodzą, to odpowiedział mi tylko, że to nie moja sprawa. A przecież tam są moje dzieci! Kiedyś dyrektor powiedział mi, że to jest jego biznes i jego zabawki. Gdy mówił "zabawki", sądzę, że miał na myśli dzieci.

Danuta B., wychowawczyni: - Chleb, mortadela, parówki, pasztet, w sezonie niekiedy starczyło na warzywa. Czasem na tydzień dostawały pół jabłka lub jeden najtańszy jogurt. Dodatkowo dżem, ser żółty i topiony - żywność dla ubogich z jadłodajni. Było to wliczone w codzienne stawki żywnościowe. Dzieci chodziły bez kanapek do szkoły. Przychodziły na szkolną stołówkę i prosiły choć o zupę, bo są głodne. Wielokrotnie sama kupowałam dzieciom jedzenie. PCPR o tym wiedział i nic nie zrobiono.

Zbigniew Piestrzyński, szef Powiatowego Centrum Pomocy Rodzinie w Giżycku: - Mając na względzie sygnały napływające ze środowiska w zakresie wątpliwości co do stanu wyżywienia, podjąłem działania w celu zlecenia w tym zakresie kontroli przez sanepid, która została przeprowadzona.

Ale żadna z nich nie wykazuje nieprawidłowości w funkcjonowaniu domu dziecka. Placówkę kontroluje również urząd skarbowy.

Księgowa Anna M. powie później: - Były kontrole faktur, ale nikt nie sprawdzał, czy zakupione rzeczy znajdowały się w domu dziecka.

Gabriela B., matka dziewczynki, która chodzi do szkoły z jednym z wychowanków, często zabiera go do siebie na weekendy i wakacje:

- Skarpetki Grzesiowi kupowałam, bo niczego się nie mógł doprosić. Opowiadał, że dyrektor jest wredny i źle traktuje dzieci. Mówił, że jest bardzo mało jedzenia, porcje są małe, on ma 190 cm wzrostu, a dostaje jak dla małego dziecka. Wszystko było w wyznaczonych porach. Jak się spóźnił, to jedzenia nie dostał. Grześ za bardzo nie chciał rozmawiać o domu dziecka. Mówił, że tam nie wytrzyma. Ostatnio zrobił się bardzo nerwowy. Pocieszałam, że już mu mało zostało. Nie mógł się doczekać wyjścia na wolność. Grzesiu, kiedy wracał do domu dziecka po wakacjach, to płakał. Tak bardzo nie chciał tam być.

Widmowe faktury

W trakcie procesu o przemoc wobec dzieci okazuje się, że w latach 2007-08 Dom Dziecka św. Faustyny "Wielkie Serce" otrzymał od wojewody 1 mln 16 tys. zł dotacji. W sześciu transzach. Anna M., księgowa, po rozliczeniu dwóch dotacji wyszła z pracy bez pożegnania i więcej nie wróciła.

Opowiada: - Na przykład wpłynęła do domu dziecka faktura na 12 komputerów, z czego przyjechały jedynie cztery. Reszty nie było. Podobnie było z rachunkami za zakup łóżka, sprzętu AGD, wyposażenia kuchni. Póki pracowałam, żaden z tych sprzętów nie trafił do placówki. Pani Grażyna J. rozliczała magazyn żywieniowy i prowadziła księgi inwentarzowe. W praktyce to było niemożliwe, ponieważ dostawaliśmy faktury, a nie dostawaliśmy towaru.

Danuta B., wychowawczyni: - Od ponad roku nie widziałam żadnych nowych ubrań. Zgłaszałam to Zbigniewowi Piestrzyńskiemu [szef Powiatowego Centrum Pomocy Rodzinie], żeby zorganizował jakąś kontrolę, ale stwierdził, że jest dużo rachunków na nową odzież.

Piestrzyński twierdzi, że kontrolę odzieży PCPR przeprowadził. Stwierdziła ona braki w bieliźnie osobistej, a także odzieży i obuwiu zimowym wychowanków. Nakazano doposażyć dzieci w "trybie pilnym", a "zalecenia zostały zrealizowane".

Paulina S., pedagog: - Dzieciom kupowane były rzeczy, których nie widziały na oczy. Wychowawca Agnieszka P. złożyła zapotrzebowanie na zakup sandałów dla wychowanka. Dziecko sandałów nie dostało, a wychowawca otrzymał fakturę za zakup.

Anna M., księgowa: - Większość faktur wystawiały firmy z Ełku. Pamiętam, że w jednej z firm w Giżycku zakupiony był cały monitoring domu dziecka oraz wystawiona faktura na cztery laptopy. Nie podpisałam tej faktury, ponieważ zażądałam okazania rzeczy. Pracownik oświadczył, że załatwi to z Markiem W.
Niektórych faktur nie podpisywałam w ogóle. Na przykład takiej, która opiewała na 100 tys. zł. Sytuacja była coraz gorsza. Bałam się. Odmawiałam podpisywania faktur, które w moim sumieniu były niezgodne z prawdą. Potem zwolniłam się z pracy.

Po zwolnieniu się Anna M. i ówczesny dyrektor domu dziecka Piotr M. idą do starosty giżyckiego (był nim wtedy i jest dzisiaj Wacław Strażewicz). Powiat przekazał Caritasowi dom dziecka w zarządzanie i co miesiąc środki na utrzymanie wychowanków. Pracownicy zgłaszają więc, że pieniądze są źle wykorzystywane i nie trafiają do dzieci.

Anna M.: - Skończyło się na przyjęciu do wiadomości.

Bogumiła K., która pracowała w tamtym czasie jako wychowawca, opowiada dzisiaj:

- W kilka osób napisaliśmy pismo do starosty, że dzieci mają źle, że jest mobbing, a starosta obiecał się sprawą szczerze zająć. Wyobrazi sobie pani, że ten list za jakiś tydzień, dwa przyjechał razem z "ojcem dyrektorem" [ks. Kruczyńskim, szefem Caritasu], ten zwołał zebranie i powiedział, że zawsze będzie wiedział o takich rzeczach, bo wszędzie ma swoich ludzi.
Starosta giżycki Wacław Strażewicz wyjaśnia: - Sprawozdania z rozliczenia dotacji były w kolejnych latach akceptowane przez wojewodę warmińsko-mazurskiego bez uwag. W latach 2007-13 z ramienia urzędu wojewódzkiego nie przeprowadzono żadnej kontroli sposobu ich wydatkowania.

Własny milion

27 stycznia 2012 roku śledztwo w sprawie przekroczenia uprawnień przez dyrektora, fałszowania dokumentacji i niezgodnego z przeznaczeniem wydatkowania pieniędzy z dotacji przyznanych Domowi Dziecka św. Faustyny trafia pod nadzór Prokuratury Okręgowej w Olsztynie (w tym czasie wciąż toczy się sprawa karna przeciwko Markowi W. o przemoc wobec dzieci). Prokurator zabezpiecza ponad 400 faktur i wspólnie z policją przesłuchuje niemal 120 świadków.

Wątpliwości olsztyńskich śledczych budzi wykazanie przez Caritas Diecezji Ełckiej udziału środków własnych w uzyskaniu dotacji "poprzez posługiwanie się tzw. fikcyjnymi fakturami". Bo aby ją otrzymać, Caritas musiał posiadać połowę tych środków. Czyli swój własny milion.

Jak go zdobyć?

Księgowa Anna M. (do prokuratora): - 31 grudnia 2007 [Marek W. pracował w domu dziecka od marca] byliśmy z dyrektorem Piotrem M. w Ełku rozliczyć dotację. Na miejscu rozmawialiśmy z ks. Kruczyńskim, który nakrzyczał na nas, ponieważ do rozliczenia brakowało 30 tys. środków własnych. Stwierdził, że tylko z nami ma problemy. Na miejscu był jakiś mężczyzna w wieku około 50 lat, który od ręki wypisał nam rachunki ze wsteczną datą za odzież na ponad 20 tys. zł. Ks. Kruczyński na miejscu przekazał temu mężczyźnie jakąś kwotę pieniędzy. Rachunek na pozostałą część ks. Kruczyński załatwił telefonicznie, gdzie od razu podano nam datę i numer faktury. Dzięki temu cała dotacja została rozliczona.

Grafolog stwierdzi potem, że podpis na fakturze z 20 tys. za odzież nie należy do właściciela firmy. Szef ełckiego Caritasu powie jednak śledczym, że "ze względu na upływ czasu zdarzenia takiego nie pamięta".
Anna M. ma lepszą pamięć. Mówi śledczym: - Na przykład fakturę za remont na 4,7 tys. zł wystawił D., właściciel warsztatu, a faktycznie prace wykonywał społecznie mój mąż. Faktura poszła oczywiście w dotację. Mąż pracował na rzecz Caritasu bez umowy za 5 zł za godzinę. Gdy przestał pracować w domu dziecka, Marek W. przez pół roku pobierał za niego pensję. Brał też wypłatę innego pracownika przez osiem miesięcy, gdy tamten już nie pracował. Dowiedziałam się o tym od kasjerki, kiedy wypłacałam pensje.

Anna M. oraz dwaj byli dyrektorzy placówki kwestionują faktury na sumę ponad 240 tys. zł.

Prokuratura prześwietla właścicieli firm i ich pracowników.

Jolanta J., właścicielka jednej z firm, przyznaje, że faktura na 8,5 tys. zł, którą wystawiła, była fikcyjna. I żadna sprzedaż sprzętu sportowego i mebli ogrodowych nie miała miejsca.

Nikogo więcej nie udaje się złapać za rękę. Śledczy piszą więc, że "brak jest środków procesowych, by rozstrzygnąć, kto mówi prawdę, i czy takie usługi w ogóle miały miejsce".

Co do "własnego miliona" Caritas informuje prokuraturę, że pieniądze pochodziły ze zbiórek w kościołach, darowizn, kościelnej tacy czy dofinansowań ełckiej kurii. Fakt gotówkowego rozliczania się nie był nigdzie rejestrowany, bo Caritas "jako kościelna osoba prawna nieprowadząca działalności gospodarczej" jest wyłączony ze stosowania przepisów o rachunkowości.

W listopadzie 2012 roku prokuratura umarza więc postępowanie w sprawie fikcyjnych faktur "z braku danych dostatecznie uzasadniających podejrzenie popełnienia przestępstwa".
Marek W. nie poniósł kary za przekroczenie uprawnień. Nie pełnił funkcji publicznej, gdyż dom dziecka nie jest instytucją państwową, lecz jedynie niepubliczną. Nie był więc pracownikiem państwowym ani samorządowym, lecz z nadania Caritasu. I dekretu biskupa. Jemu więc tylko podlegał.

Bez kary

W listopadzie 2012 roku Sąd Rejonowy w Giżycku postanowił, że nie ma wystarczających dowodów na to, że Marek W. znęcał się nad dziećmi. Zmienił więc kwalifikację czynu i uznał, że dyrektor naruszył nietykalność cielesną dwojga dzieci, a jedno znieważył. Potem wszystkie zarzuty sąd umorzył, ponieważ po tej zmianie kwalifikacji przedawniły się. Ściganie przestępstw z art. 217 kodeksu karnego, czyli bicie lub naruszanie w inny sposób nietykalności cielesnej, odbywa się z oskarżenia prywatnego (takie właśnie wniósł ojciec Mariki). I ustaje wraz z upływem trzech lat od jego popełnienia. Dyrektor miał naruszać nietykalność dzieci od roku 2007 do października 2009 "w bliżej nieustalonych datach". Uniknął kary, bo wyrok zapadł 12 listopada.

Prokurator Urszula Bolik do dziś ma poczucie porażki: - Uważam, że zasadnie postawiłam zarzuty psychicznego znęcania się, ale dzieci nie miały szans w tym starciu. One wciąż mieszkały w placówce i miały nad sobą dyrektora, który decydował o ich losie. W czasie gdy trwał proces, on kierował do sądu dla nieletnich comiesięczne sprawozdania o ich zachowaniu, drobnych przestępstwach, choć nikt go o to nie prosił. Dążył do tego, by usunąć z domu dziecka te dzieci, które występowały w akcie oskarżenia. One obawiały się więc o siebie i przebywające w domu dziecka rodzeństwo. Z opinii psychologa wynikało, że nie mówiły całej prawdy. A przecież w procesie karnym wszystko jest kwestią dowodów. To były fajne, inteligentne dzieci, tylko buntownicze. A wstawiły się za nimi tylko trzy kobiety.
Prokuratura nie wniosła apelacji od wyroku, uznając sprawę za z góry przegraną.

W 2014 roku sąd zasądził Markowi W. prawie 27 tys. zł zwrotu kosztów za adwokatów.
Na giżyckim forum internetowym Marek W. ostrzega przed szkalowaniem go: "Każdego uważa się za niewinnego, dopóki jego wina nie zostanie stwierdzona prawomocnym wyrokiem sądu. Sąd Rejonowy w Giżycku nie skazał mnie w swoim wyroku i nie orzekł w żadnym miejscu tego wyroku, że jestem winny. Moja kartoteka karna jest więc czysta. Fakt poniesienia kosztów
postępowania przez Skarb Państwa łącznie ze zwrotem poniesionych przez mnie kosztów świadczy o tym, że to nie ja jestem przegraną stroną procesową".

Zapytałam Caritas, jak to się stało, że Marek W. przestał dla nich pracować. Szymon Owedyk z sekretariatu diecezji odparł, że "Caritas nie jest podmiotem publicznym, więc nie mają tu zastosowania przepisy o dostępie do informacji".

Medal

Paulina S. dzisiaj jest pedagogiem w szkole podstawowej. Wspomina: - Dzieci, które nie miały nic, zrzuciły się dla mnie na medal z napisem "najlepszy pracownik". To nie były dzieci ani grzeczne, ani łatwe, ale ja sobie radziłam. Odwiedzały mnie czasem wieczorami: pani, zjadłbym coś. Gotowałam im parówki na kilogramy.

Spośród dziesięciu wychowawców, którzy podpisali się pod listem do starosty, dziś pracuje tylko dwóch. Reszta została zwolniona lub zmuszona do odejścia.

Bogumiła K., była wychowawczyni: - Wcześniej "ojciec dyrektor", czyli ks. Dariusz Kruczyński, poobcinał im wypłaty do najniższej krajowej.

Dzisiaj domem dziecka z ramienia Caritasu zarządza Bernadetta Wojtuń.
Bogumiła mówi, że może jest już więcej jedzenia i dobrych ubrań dla dzieci, ale pani dyrektor albo żyła wyborami, bo startowała do rady powiatu mrągowskiego, "więc nie było jej w sumie dobre pół roku, pojawiała się sporadycznie", albo pracuje na etacie w Młodzieżowym Ośrodku Socjoterapii w Giżycku, "więc w domu dziecka też jest gościem".

Misja kanoniczna

Marzec 2016. Marek W. nadal pracuje w szkole. Jest nauczycielem muzyki i katechetą.

Muzyki uczy w Szkole Podstawowej nr 7 w Giżycku, gdzie do dziś chodzą dzieci z bidula. Dyrektor Katarzyna Banach zapytana, czy kiedykolwiek są lub były na niego skargi, odpisuje, że nigdy. Pisze też, że "nie zatrudniała Marka W., bo gdy przyszła do pracy, on już był nauczycielem". A czy wie o zarzutach karnych, jakie miał nauczyciel? To pytanie pozostawia bez odpowiedzi.

Natomiast w gimnazjum w Wilkasach koło Giżycka Marek W. uczy religii. Zygmunt Marciniak, dyrektor gimnazjum, pamięta zarzuty sprzed sześciu lat: - Doskonale znam sprawę, w którą zamieszany był pan W. Uczył u nas wtedy muzyki. Ponownie został zatrudniony w naszej szkole w 2014 roku. Odbyło się to na mocy misji kanonicznej, wystawionej przez Wydział Katechetyczny Ełckiej Kurii Diecezjalnej i podpisanej przez biskupa Romualda Kamińskiego. Pan Marek przy zatrudnianiu przedstawił zaświadczenie z Ministerstwa Sprawiedliwości stwierdzające, że nie figuruje w kartotece karnej Krajowego Rejestru Karnego.

Misja kanoniczna to najprościej mówiąc skierowanie świeckiego nauczyciela do nauki religii w konkretnej szkole. Marek W. najpierw jednak musiał dostać pozytywną opinię proboszcza parafii w Wilkasach.

Dziś jest nim ks. Tadeusz Kochanowicz. Mówi: - Misję opiniował mój poprzednik.

Poprzednik to ks. Jacek Sz. W Wilkasach pracował do sierpnia 2014, kiedy to do giżyckich policjantów przyszła matka 15-letniego chłopca z SMS-ami, które znalazła w telefonie syna, świadczącymi o utrzymywaniu z proboszczem relacji seksualnych. Ełcka kuria szybko wymazała księdza z placówki. Dzisiaj w giżyckiej prokuraturze toczy się przeciwko niemu postępowanie karne.
Zygmunt Marciniak, dyrektor gimnazjum:

- Dyrektor szkoły w przypadku misji kanonicznej pełni jedynie funkcję "notariusza". Jak pani widzi, tak naprawdę decyzja o zatrudnieniu Marka W. w naszym gimnazjum w charakterze nauczyciela religii zapadła w zupełnie innym miejscu niż gabinet dyrektora. Gdyby miało to dotyczyć nauczyciela innej specjalności, ani W., ani nikt inny z taką samą bądź podobną przeszłością nie znalazłby zatrudnienia w kierowanej przeze mnie szkole.

Marek W. ma wyłączony telefon i nie reaguje na pozostawiane przeze mnie wiadomości z prośbą o kontakt. Od 6 kwietnia do końca roku w szkole w Wilkasach jest na urlopie bezpłatnym.

Cezaremu Łazarewiczowi w reportażu dla Wirtualnej Polski Marek W. tłumaczył, że jest niewinny, a "prokuratura wymuszała obciążające go zeznania, strasząc wychowanków torturami". Sam zrezygnował z pracy w sierocińcu, "bo miał wszystkiego dość". Ten temat - powiedział - dla mnie jest zamknięty.

================================================================================​==========================
Mój przypis...
Myślę, że dla wielu myślących i uczciwych ludzi temat ten nigdy nie będzie zamknięty. Chyba, że problemy i choroby społeczne tu opisane, mające ciągle miejsce w naszym społeczeństwie zostaną raz na zawsze wyleczone. Póki co, nie bardzo mi się chce w to wierzyć...
===================================================================


Pozdr. Miecz.S-K
mailto: mieczyslaw.soroka.korczyc@gmail.com
gg: 230220
"Jeśli przechodzisz przez piekło, nie zatrzymuj się!" – Winston Churchill
Koszulki reklama
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 23-04-2016 18:21 przez Miecz.S-K.)
Znajdź Cytuj
Miecz.S-K

Przyjaciel nie do ruszenia
***
Liczba postów: 94
Dołączył: 01-11-2011
Reputacja: 1
Post: #3
20-09-2016 11:20
---------------------
Czyżby kolejna prywatna placówka przemysłowa...?

Dopisek mój... W tym konkretnym przypadku chodzi o rodzinny dom dziecka, który nie ma nic wspólnego z placówkami Państwowych Domów Dziecka.

----------------------
Żródło:
http://www.tvn24.pl/dom-dziecka-w-sucumi...530,s.html

Bicie, głodzenie, rażenie paralizatorem. Wychowankowie oskarżają dom dziecka
(…)Mówią, że kiełbasa jest droga(...)

Prokuratura i policja badają sprawę rodzinnego domu dziecka w Sucuminie (woj. pomorskie). Reporterka programu "Uwaga" TVN dotarła do wychowywanych tam dzieci, które skarżą się, że były przez swoich opiekunów notorycznie wyzywane, bite, głodzone, duszone, a nawet rażone paralizatorem.

Od szmat dziewczyny wyzywają, nawet te małe, które mają po siedem lat Że jest się zwykłym gównem, do niczego się nie nadaje. Że jesteśmy niczym - tak o warunkach w rodzinnym domu dziecka w Sucuminie na Pomorzu mówi jedna z jego wychowanek. - Chłopak nie chciał robić pompek. Został porażony paralizatorem, kopany w żebra - relacjonuje inna. - Powiem szczerze, w domu mama mnie nie uderzyła, a obcy ludzie mnie biją. Byłam duszona i w ogóle - dodaje kolejne z dzieci. Kiedy agresja słowna i fizyczna ze strony opiekunów miała się nasilić, wychowankowie zaalarmowali reporterów programu "Uwagi" TVN. Po ich przybyciu na miejsce, mężczyzna, który przedstawił się jako syn dyrektora Placówek Opiekuńczo-Wychowawczych, nie chciał odnieść się do zarzutów dzieci i wezwał policję. Ta zajęła się jednak nie reporterami, a wysłuchaniem podopiecznych.

Pierwsza skarga już cztery lata temu Rodzinne domy dziecka w Sucuminie i Starogardzie Gdańskim prowadzi to samo małżeństwo. Okazuje się, że pierwsza skarga na zastępczych rodziców do Powiatowego Centrum Pomocy Rodzinie wpłynęła już cztery lata temu. Dyrektorka tej placówki Tatiana Neumann broni jednak opiekunów, na których skarżą się dzieci. - To jest moja koleżanka, z którą znamy się od urodzenia. Nie wyrzeknę się tej znajomości - tak o jednej z opiekunek mówi Neumann w rozmowie z "Uwagą" TVN. Sprawą zajmuje się już jednak Prokuratura Okręgowa w Gdańsku. - Będą wyjaśniane wszelkie wątki, będą realizowane wszelkie czynności, w tym przesłuchania świadków - zapewnia Tatiana Paszkiewicz z gdańskiej prokuratury. Na wyniki śledztwa czeka też Rzecznik Praw Dziecka. - Dzieci mówiły o biciu, o wkładaniu głowy do toalety, o odbieraniu telefonów - mówi Beata Sobocińska z biura rzecznika. Po interwencji reporterów prawie wszystkie dzieci zgromadzono w jednym z dwóch domów prowadzonych przez tych samych ludzi, mają zakaz rozmawiania z obcymi.


Pozdr. Miecz.S-K
mailto: mieczyslaw.soroka.korczyc@gmail.com
gg: 230220
"Jeśli przechodzisz przez piekło, nie zatrzymuj się!" – Winston Churchill
Koszulki reklama
Znajdź Cytuj
calipsa

Nasz nowy przyjaciel
**
Liczba postów: 4
Dołączył: 20-01-2017
Reputacja: 0
Post: #4
24-01-2017 15:08
Bardzo bulwersująca sprawa. Dlaczego nikt z włodarzy nie zajmie się tymi domami dziecka, w których ewidentnie łamie się zasady, wszelkie prawa i poniża się podopiecznych? Przecież to jest istny skandal! Za granicą nie doszłoby do takiego czegoś, bo nawet zaszczekanie psa w Niemczech jest zgłaszane na policje, że pies może być maltretowany, a co dopiero DZIECI.


Najlepsza strona o żylakach odbytu - http://zylakiodbytu.net.pl/
Koszulki reklama
Znajdź Cytuj


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości