Nasi dziadkowie bawili się przede wszystkim na podwórku – w berka, klasy, gumę, dwa ognie, chowanego i podchody. Nie potrzebowali gotowych zabawek ani skomplikowanych instrukcji. Wystarczały grupa dzieci, kawałek wolnej przestrzeni i przedmioty znalezione pod ręką.
Podwórko jako szkoła życia
Dawne podwórko nie było tylko miejscem, przez które przechodziło się w drodze do domu. Przy trzepaku, na placu między budynkami albo na kawałku trawnika spotykały się dzieci w różnym wieku. Same ustalały zasady, wybierały prowadzącego i rozstrzygały spory. Reguły przekazywano ustnie, dlatego mogły nieco różnić się między dzielnicami czy miejscowościami.
Brak gotowych zabawek pobudzał wyobraźnię. Zwykły patyk stawał się mieczem, sznurkiem można było wyznaczyć granicę bazy, a kapsel zamieniał się w samochód biorący udział w wyścigu. Zabawa zaczynała się wtedy, gdy dzieci zebrały się razem, a nie wtedy, gdy ktoś uruchomił urządzenie.
W co bawiono się na podwórku?
Najpopularniejsze zabawy ruchowe angażowały całą grupę. Jedne wymagały szybkości, inne spostrzegawczości albo umiejętności współpracy. Do tych, które najczęściej wspominają dziadkowie, należały:
- Berek polegał na gonieniu pozostałych uczestników i przekazywaniu wyznaczonej roli osobie złapanej.
- Klasy wymagały narysowania pól na ziemi i rzucania kamykiem tak, aby przejść przez układ, omijając zajęte pole.
- Gra w gumę łączyła skakanie z zapamiętywaniem kolejnych układów ruchów.
- Dwa ognie dzieliły uczestników na drużyny, które próbowały trafić piłką zawodników przeciwnej strony.
- Chowany opierał się na szukaniu osób ukrytych w ustalonym obszarze.
- Podchody wymagały podążania za śladami, rozwiązywania zadań i odnalezienia drugiej grupy.
W gumę mogły grać już trzy osoby, choć większa grupa dawała więcej możliwości. Dwie osoby napinały gumę na wysokości kostek, kolan lub ud, a trzecia wykonywała ustalony układ skoków. Po poprawnym przejściu podnosiło się wysokość gumy. Pomyłka oznaczała zmianę kolejki.
Klasy również miały proste zasady, ale wymagały precyzji. Najpierw rysowano kredą lub patykiem pola, następnie rzucano kamykiem na wybrane miejsce i pokonywano trasę, skacząc na jednej nodze. Nie wolno było nadepnąć na linię ani strącić kamyka z pola.
- Przygotujcie miejsce – narysujcie klasy albo wyznaczcie teren gry w gumę.
- Ustalcie kolejność – dzieci wybierają ją wspólnie, często przez wyliczankę.
- Trzymajcie się prostych reguł – zasady powinny pomagać w zabawie, a nie ją komplikować.
- Zmieniajcie prowadzącego lub kolejkę – dzięki temu każdy ma szansę uczestniczyć.
Podchody miały bardziej przygodowy charakter. Jedna grupa zostawiała drugiej znaki, ukryte wiadomości albo zadania, a uczestnicy musieli odczytywać wskazówki i obserwować otoczenie. Zabawa rozwijała spryt, pomysłowość i logiczne myślenie, a przy tym zachęcała do ruchu na świeżym powietrzu.
„Najpierw trzeba było zebrać dzieci, a potem dopiero wymyślało się, w co zagramy.”
Zabawy pod dachem i gry zręcznościowe
Gdy padał deszcz albo robiło się zimno, zabawa przenosiła się do domu, świetlicy lub szkolnej sali. Nie oznaczało to nudy. Gry stolikowe wymagały spokoju, koncentracji i cierpliwości, a wiele z nich można było rozpocząć bez długich przygotowań.
Wśród dawnych zabaw domowych i świetlicowych często pojawiały się:
- Bierki wymagały wyciągania pojedynczych patyczków z rozsypanego stosu bez poruszania pozostałymi.
- Pchełki polegały na zręcznym odbijaniu małych krążków do wyznaczonego celu.
- Hacele, znane dziś także jako Gonggi, były grą z małymi elementami podrzucanymi i chwytanymi w określonej kolejności.
- Głuchy telefon sprawdzał, jak dokładnie wiadomość przejdzie z ust do ust.
- Ciepło–zimno polegało na naprowadzaniu szukającej osoby słowami wskazującymi, czy zbliża się do ukrytego przedmiotu.
Popularne były również zabawy grupowe znane z przedszkola i podwórka: „Stary niedźwiedź mocno śpi”, „Gąski, gąski do domu”, „Chodzi lisek koło drogi”, „Kolory”, „Baloniku nasz malutki”, „Baba Jaga patrzy” czy „Ciuciubabka”. Ich zasady dzieci poznawały przez obserwację i naśladowanie. Nie trzeba było czytać instrukcji – wystarczyło, że ktoś znał zabawę i pokazał ją innym.
Patyk, kapsel i sznurek jako zabawki
Wspomnienie dawnych zabaw nie dotyczy wyłącznie konkretnych gier. Równie ważne było samodzielne tworzenie przedmiotów do zabawy. Sznurek mógł stać się liną do skakania, patyk konikiem albo narzędziem do rysowania planszy. Kapsle służyły do wyścigów po torze wyznaczonym na ziemi, a kamyki pełniły funkcję pionków, znaczników lub skarbów.
Dzieci budowały szałasy, robiły proste kukiełki z materiału i tworzyły drewniane klocki, auta czy koniki. Lalki mogły być uszyte z kawałków tkaniny i wypełnione słomą. Taki przedmiot nie musiał wyglądać jak zabawka ze sklepu. Jego wartość wynikała z tego, że dziecko samo nadało mu znaczenie.
To właśnie wyobraźnia zamieniała „nic” w pełną przygód przestrzeń. Ten sam patyk jednego dnia był mieczem, następnego różdżką, a później tyczką do wyznaczania toru kapslowego. Zabawa zmieniała się razem z pomysłami uczestników.
Dlaczego warto wracać do tych zabaw?
Dawne gry uczyły współpracy, czekania na swoją kolej i rozwiązywania sporów bez dorosłego sędziego. Podchody rozwijały spostrzegawczość oraz logiczne myślenie, klasy i guma ćwiczyły koordynację, a zabawy drużynowe wymagały porozumienia z innymi.
Można je odtworzyć także dziś, dobierając zabawę do pogody i liczby uczestników. Niektóre, takie jak dwa ognie czy podchody, potrzebują większej grupy. Inne, na przykład bierki, hacele albo gra w gumę, sprawdzą się już przy dwóch lub trzech osobach. Ich największa zaleta pozostaje niezmienna: dają dzieciom przestrzeń do ruchu, rozmowy i samodzielnego wymyślania świata.